2015.01.31-02.01

Przystanek Magura. No i przyszła. Na początku tygodnia sypnęło śniegiem i już było wiadomym, że planowana w weekend wycieczka na trasie Rajbrot – Czchów nie dojdzie do skutku. Szybki kontakt telefoniczny z małastowskim „Przystankiem Magura”. Rezerwacja noclegów.  31 stycznia zabieramy nasz „po mareczkowym liftingu” back-countrowy sprzęt narciarski i zmierzamy w kierunku śnieżnych tras przez lasy. Przyjeżdżamy a na kwaterze jeszcze „warszawiści”. Musimy zaczekać aż się wypróżnią. Nie jest to takie proste ponieważ koleś jakoś nie potrafi wyjechać swoim jaguarem z zaspy mimo iż wszyscy poza jego kilkunastoletnim synem go wypychają. Jak już sobie „tępy leming „pobuksował”, to Andrzej wsiadł za stery i nie szarpiąc silnika spokojnie wyjechał na drogę. No ale mamy w plecy jakąś godzinę. Szybko się przebieramy i wychodzimy na szlak. A ten przebiega 50 metrów poniżej naszego gospodarstwa agroturystycznego. Zakładamy narty i… jest problem. Narta „chodzi góra – dół” nawet na niewielkim nachyleniu. Łuska nie trzyma. Ech, chyba Mareczek smarami pojechał także po niej. Mordujemy się okrutnie, mimo iż trawersujemy stok raz z lewej raz z prawej strony. Jest to pierwsze w tym sezonie wyjście więc chciałoby tak raz a dobrze a tu kicha. Trochę bluzgamy. Także na kolegę. Tzn. ci dwunożni męczą wargi. „Stefka” bowiem jest w swoim żywiole. Po jakimś czasie docieramy do granicy lasu. Rezygnujemy z dalszego poruszania się szlakiem koloru zielonego do punktu nr „3” (Zawiersza), bo szlak prowadzi rynną do góry co zdecydowania wyklucza możliwość przemieszczania się kiedy narty nie trzymają. Wybieramy łagodniejszą stokówkę prowadzącą równolegle do drogi w kierunku Banicy. Jest wreszcie przyjemnie. Można trzymać ślizg. Od razu lepiej. Wychodzimy na polany koło strzelniczej ambony skąd obserwujemy narciarzy zjeżdżających w górnej części stoku na Magurze Małastowskiej. Trochę wygłupów ze psem i ruszamy dalej. Za daleko nie szusujemy, bo stokówka zaczyna nagle i to dość ostro opadać. Konfrontujemy mapkę i dochodzimy do wniosku jadać dalej dojedziemy do drogi asfaltowej z Małastowa do Banicy. Nikt nie ma ochoty na powrót – pokrytą wprawdzie śniegiem – ale zawsze drogą asfaltową, zwłaszcza że ta jest posypywana jakimś g(…)em przeciwdziałającym ślizganiu się kół pojazdów mechanicznych. Wracamy zatem pod ambonę i zjeżdżamy w dół do takiego mostka nad niewielkim ciekiem wodnym. Na końcu zjazdu oczywiście zaliczam „glebę” w świeżym śniegu. Jest jeszcze wcześnie. Postanawiamy zatem powędrować stokówką w przeciwnym kierunku. „Mecenas” ma problemy z ponownym wpięciem się w jedną nartę. Postanawia zejść do bazy na piechotę, natomiast my kontynuujemy „wspinaczkę”. Po pokonaniu wzniesienia zjeżdżamy w dół do kolejnego cieku wodnego i wobec faktu, iż leśna droga oddala się w kierunku delikatnie rzecz ujmując niesprzyjającym postanawiamy wracać na obiadek do „Przystanku Magura”. Rozdzielamy się. Agnieszka zjeżdża polami, a ja z Andrzejem i „Stefką” (niepocieszoną bo jej się stado rozeszło) wracam tą samą drogą. Spotykamy się na polanach powyżej naszej agroturystyki. Przyjemny zjazd nieprzetartą łąką kończy rozpoczęcie sezonu narciarskiego. Na kwaterze na której czeka Jacek rozpoczynamy od „banieczki”, przy kolejnej jest już szef agroturystyki. Kiedy pojawia się małżonka „szefa” rozpoczynamy dyskusję o obiadokolacji. Hm, nie zamawialiśmy (w końcu nigdy nie było problemu) a Państwo twierdzą że będzie kłopot gdyż nie są specjalnie przygotowani. Proponują, że zadzwonią do banickiego gościńca aby nam coś przyrządzili. No ale jak to tak – przecież jesteśmy po. Końcem końcem ustalamy, że przecież jakieś pierogi czy żur mają zawsze wiec to nie musi być wyszukany obiadek. I tak też się stało – tyle, że zamiast żuru była inna polewka. Zwieńczeniem obiadku była konsumpcja domowego ciasta. Umawiamy się na poranne śniadanie i spadamy do naszego domku. Trochę jeszcze marudzimy przy kominku, ustalamy trasę na niedzielę i kładziemy się spać. Rano śniadanko na bogato. Rozmawiamy o Stowarzyszeniu Rozwoju Sołectwa Krzywa w którym to działają właściciele agroturystyki. Podjeżdżamy na górny parking „Gościńca Banica”. Realizujemy znaną już nam z wcześniejszych pobytów pętelkę „Pod Dziamerę” i z powrotem. Na trasach przygotowanych wokół „schroniska” jest spoko, potem w lesie narty trochę jadą do tyłu ale jeszcze da się wytrzymać. W „de” dostajemy na pierwszym podejściu. Baaardzo długa „jodełka”. Potem już fajnie jest. Popas na krzyżówce „Pod Dziamerą”. Od tej pory aż do punktu węzłowego „Wypał” będziemy się poruszać za znakami szlaku zielonego. Dojeżdża dość liczna grupa „narciarzy ślazowców”. Mijają nas. Od tej pory będzie nam łatwiej. To nie my będziemy „przecierać”. W lesie na chwile gubimy znaki „śnieżnego szlaku”. Na zjeździe zawody: „kto zjedzie do drogi leśnej bez upadku”. A to w związku z tym, że stromą ścieżką w dół wjeżdża się na świeżo odśnieżoną, pokrytą lodem drogę leśną. W zawodach uczestniczy ok. 20 osób. Bez kontaktu ze zmarzliną dojeżdżają trzy osoby, w tym Andrzej. Zawodowi macherzy od statystyki powiedzieliby, że to nasza grupa miała procentowo najwyższy wskaźnik uczestników, którym udało się zjechać bez upadku. Dość powiedzieć, że jeszcze trochę po tym lodzie pojechaliśmy na nartach, ale już do punktu „Wypał” narty przynosimy pod pachami. Dalej za znakami szlaku czerwonego jedziemy w kierunku „Kanady”, by jak tylko pojawi się trasa przygotowana początkowo w poprzek przez polanę a potem już przygotowanym torem dotrzeć do górnego parkingu, do pozostawionych pojazdów.

 

bottom corner