2015.02.14-18

Zuberec. Ferie zimowe 2015. Po małych perturbacjach z ustaleniem terminu ferii zimowych (bo niby skąd ja mam qrna wiedzieć kiedy one wypadają) o poranku 14.02.2015 roku wsiadam do samochodu Bożenki. Wychodząc nie zabrałem drugiej pary nart śladowych bo bagażnik podobno jest zapełniony. No ale zamontowany bagażnik to model firmy „Thule”, a to oznacza, że musiałbym przyciąć swoje back- countrowe narty do swojego wzrostu. Na szczęście mieszczą się wewnątrz pojazdu wzdłuż okien. Gdzieś w okolicy Czchowa przegrywam zakład o Martini Bianco. Założyłem się o to, że stacja Orlen w Łososinie Dolnej jest po drugiej stronie przełęczy św. Justa a dziewczyny utrzymywały, że przed. W sumie gdybyśmy jechali od strony Nowego Sącza to wyszłoby na moje. Po godz. 9ej przekraczamy granicę słowacką w Chochołowie. Przez Oravice dojeżdżamy do Zuberca. Jest za wcześnie, żeby móc wejść do naszego domku. Poprzednicy jeszcze się nie wyprowadzili. Dostajemy jakieś kupony zniżkowe na wyciąg pod Spaleną i dajemy w kierunku Zverovki. O godz. 10:15 jesteśmy na parkingu koło wyciągu krzesełkowego pod Salatinem. Dziewczyny nabywają karnetu i ustawiają się do krzesełka. Umawiamy się na żarełko w knajpce pośrodku stoku na godz. 14ą. Ja zanim jeszcze udam się na trasę biegową konsumuję pod stokiem. Pół godziny później startuję. Mam świetnie przygotowane narty przez Mareczka. Przy niewielkim przewyższeniu orientuję się że nawet „za świetnie”. Jeżdżą do tyłu, łuska nie trzyma. W miarę rozwoju sytuacji Mareczka w duchu pozdrawiam coraz serdeczniej. Na podejściach pozostaje jodełka lub „boczkiem”. W pewnym momencie, kiedy krótsza pętla dobrze utrzymanej trasy biegowej zawraca postanawiam przebić się do jej dłuższej pętli. Wymaga to jednak zejścia z utrzymanej trasy w kopny śnieg. Na początku jest fajnie. Po kilku minutach staję przed 2-3 metrową ścianką. Jest wąsko i z jodełki nie da się skorzystać. Decyduję się na ściągnięcie nart i zrobienie przewyższenia na nóżkach. Odpinam jedną nartę, stawiam nogę obok, odpinam druga nartę, stawiam nogę obok i ląduję po pas w śniegu. Ja p(…)!. Kiedy mało elegancko staram się wygramolić na powierzchnię podjeżdża grupa słowackich turystów. Padają cenne uwagi na temat tego, że korzystniej było podchodzić bokiem. Prorocy. W końcu się udało. Rzut oka na zegarek. Do planowanego spotkania mam jeszcze trochę czasu więc podchodzę sobie 30 minut do góry w kierunku Rohackiej doliny. Zawracam i w 10 minut zjeżdżam pod restauracje w której umówiliśmy się na spotkanie. Jest ok. 13:45. Dziewczyn jeszcze nie ma. Zamawiam „drżkovą” i browarka. Po telefonicznych konsultacjach koleżanki namierzyły tą knajpę. Okazało się, że jeszcze wyżej też jest bufet. Konsumujemy zupki, przepijamy tym co kto lubi. Zeszła nam godzina. Rozstając się stwierdzam, że jak nie będę czekał przy samochodzie to jadę do Zuberca na nartach. Zanim dotarłem z powrotem do utwardzonej części trasy biegowej „wyciąłem orła” niemalże w tym samym miejscu w którym dzisiaj zagrzebałem się po pas w śniegu. Do parkingu zdążyłem zaliczyć glebę jeszcze raz na jakimś stromym zjeździe. Kwadrans po 15ej jestem przy parkingu. Krótka rozmowa w słowackiej szkółce narciarskiej upewnia mnie, że do Zuberca dojadę. Trasa jest orientacyjnie łatwa choć w większej częsci nie jest poprowadzona po szlaku. Do skansenu w Brestowej wszystko Oki, nie licząc kolejnego udanego „hamowania” na zjeździe. Koło skansenu dojeżdża dwójka Słowaków na nartach zjazdowych. Wspólnie wypatrujemy jakby tu dalej się przedzierać. W końcu wchodzimy w las. Przemieszczając się koło jaskiń dojeżdżam do takiego uniwersyteckiego ośrodka wypoczynkowego. Dojeżdżam do ostatniego domku i przede mną ściana lasu. Dostrzegam jednak w śniegu ślady nart słowackich „zjazdowców”  Za tym znakami wychodzę na leśną drogę w okolicy Hotelu „Tatra West”. Jestem w Zubercu. Dzwoni Bożena. Informuj, że jest w porządku i że zaraz będę na miejscu. Nie da się jednak dalej jechać na nartach. Po wąskiej drodze przemieszczają co chwilę samochody z turystami wracającymi ze stoków narciarskich. Odpinam narty i w pół godziny melduję się na kwaterze gdzie koleżanki pytają czy potrafię obsługiwać płytę ceramiczną. Na szczęście mikrofala działa więc obiad jest gdzie ugotować. Jakąś instrukcję dostałem od Agnieszki której wysłałem fotkę płyty ale uczciwie trzeba przyznać, że raz się udało odpalić raz nie. 15.02 zmiana planów. Jedziemy do Oravicy. Coś dzieciom stok na Rohaczach nie przypadł do gustu. Podobno było dużo muld. Początek jak zwykle. Dziewczyny na wyciąg a ja w słoneczku przy żółtym. W Oravicy są wyznaczone trzy trasy biegowe – jeśli wierzyć tablicy informacyjnej, bo szczegółowych map nie ma. Wybieram trasę do Doliny Cichej. Na początku odśnieżoną trasą w zasadzie do jej końca. Kiedy wchodzę wreszcie poza odśnieżoną drogę przede mną mam tylko ślad narty. Wygląda to tak jakby ktoś rano przebiegł już tą trasę znacząc ślad. Zaczynam podchodzić do góry. Rano jakimś skrobakiem delikatnie zdrapałem z łuski wosk. Narty trzymają. W miarę podchodzenia za mą zaczynają się widoki na szczyty słowackich Tatr Zachodnich z kulminacją Osobistej na pierwszym planie. Wtedy jeszcze myślałem, ze jeszcze jestem na biegowej trasie „Ticha dolina” a jak się później okazało realizowałem już trasę „Pod Maguru”. Około 13:30 kończy się fajne dreptanie w dziewiczym śniegu. Dojeżdżam do miejsca, w którym ciągniki leśne „zmasakrowały” nawierzchnię pozostawiając masę zmrożonych brył ziemi i lodu. Baaaardzo ostrożnie zjeżdżam poboczem do przełączki. Tam korygują czas. Nie mając mapy (a szlak którym się przemieszczam nie jest oznaczony) postanawiam zjeżdżać drogą w dół do Doliny Cichej Orawskiej. Zresztą zjeżdżać to za dużo powiedziane bo zjechałem raptem może 1/3 drogi i wypiąłem się z nart przy pierwszej odsłoniętej planie asfaltu. W narty wpiąłem się dopiero w dolinie. W knajpce pod wyciągiem byłem ok. godz. 15:30. Był czas – w związku z tym że dziewczyny jeżdżą od otwarcia stoku do jego zamknięcia – na nieśpieszne uzupełnienie płynów w organizmie. Obiad na kwaterze. Wieczorem wracamy z powrotem do Oravicy na ciepłe źródła. W termach regenerujemy się do ich zamknięcia. 16.02.2015 roku dalej kręcimy temat ośrodka narciarskiego w Oravicy. Dziewczyny na stok a ja w uderzam w drugą dolinę Dolinę Bobrowiecką. Mam w planach taką pętelkę poprowadzoną przez Bobrowiecką Dolinę, Dolinę Juranovą do Cichej Orawskiej i w zależności od czasu być może coś jeszcze. Nawet nie zauważyłem jak dojechałem Bobrowiecką do miejsca w którym jest ona zamknie ta dla ruchu turystycznego zimą. Jest za to tam krzyżówka żółtego szlaku pieszego do Doliny Juranovej. Trochę się namachałem zanim pokonałem pierwsze przewyższenie. Narty mam większe niż szerokość ścieżki. Ale w końcu jakoś się udało. W lesie było już całkiem przezwoicie. W pewnym momencie spotykam parę starszych Słowaków. Chwilę rozmawiamy. Uprzedzają przed bardzo stromym zejściu na którym lepiej odpiąć narty. Co też czynię niebawem. Jestem przy znaku: „Juranova Dolina Ustie”. Zapinam narty i w słoneczku zjeżdżam polanami do Doliny Cichej. Jestem blisko miejsca w którym wczoraj zszedłem do tej doliny z trasy „Pod Maguru”. A że nie ma jeszcze godziny trzynastej postanawiam zobaczyć jak wygląda ta cześć trasy której wczoraj nie zrobiłem. Na przełączkę narty wnoszę. Przypinam i pcham się do góry. Trasa na początkowym odcinku zmasakrowana przez ciągniki leśne. Ale potem już jest fajnie. Mimo, że tu nie ma wyznaczonego żadnego szlaku co chwilę w miejscach widokowych poustawiane są wiaty przy których można odpocząć. Dojeżdżam prawie do górnej stacji wyciągu krzesełkowego. Zatrzymuję swój zwycięski pochód koło wieży widokowej. Uświadomiłem sobie bowiem że na „biegówkach” to ja ze stoku narciarskiego nie zjadę. Wybieram zatem kompromis między powrotem „na tarczy” a „z tarczą”. Wracam do miejsca gdzie leśną drogę przecina zielony szlak pieszy. Miejscami jest tak wąsko i stromo, że na nartach się po prostu nie da. Dopiero w dolinie przy potoku da się. Z lasu wyjeżdżam na polany w Dolinie Cichej Orawskiej. Na zjeździe raz nieźle „wyglebiłem” ale nic to. Zauważyłem że śnieg tu w dolinach nie ma już jednorodnej konsystencji, przez co narty nierówno pracują. Przed spotkaniem z koleżankami zdążyłem jeszcze zdegustować i zakupić miód pitny. Na 16tą jestem pod wyciągiem. Wieczorem impreza starszyzny. Rano syndrom, nieduży ale jednak. 17.02.2015 roku odpoczywamy od nart. Robimy pieszą wycieczkę do Skansenu wsi orawskiej. Po drodze orły na  śniegu, ślizgi na jabłuszkach itp. igraszki. W restauracji koło skansenu „czesnakowa” i koła wchodzą jak „tralala”. Na kwaterę wracamy w okolicy godz. 16ej. Bożena i Jola popołudniową porą wyskakują jeszcze na narty na pobliski „Milotin”. Kiedy w całej wsi a więc i na stoku na chwilę gaśnie światło Bożena gubi telefon. Poszukiwania niczego nie dają. W tym czasie na chacie konsumujemy pizze. 18.02.2015 roku rozliczamy się z Panem Romanem Pilocikiem, nabywając przy okazji „Hafirovicę” jego produkcji. Koleżanki na stoku a ja już tylko w termalnych basenach. Jeszcze tylko z Izą w Chacie Oravice konsumujemy „Vyprazeny syr z tatarską omaćką” przepijając kofolką, kolacja w Restauracji „Siwy Dym” w Rabce Zdroju i narciarski wyjazd stał się wspomnieniem.   

 

bottom corner