2016.05.21-27

Czechy 2016. 21 maja 2016r. o godz. 04:50 wsiadam na rower pod moim „MSZetem” i pedałuję nie krzywdząc przy tym nikogo w kierunku dworca głównego PKP w Tarnowie. O godz. 05:16 wchodzę z rowerem do ostatniego wagonu pociągu relacji Nowy Sącz – Kraków. Na szczęście jest to tzw. skład ETZ, co jest zjawiskiem korzystnym z punktu widzenia przewozu rowerów polskimi kolejami. Pociąg rusza a ja melduję pozostałej trójce przyjaciół oczekującej na dworcu w Mościcach zajęcie strategicznych pozycji. Do Krakowa przyjeżdżamy zgodnie z planem, więc mamy ok. 40minut do odjazdu pociągu do Katowic. Mamy – no może nie wszyscy – niezły ubaw ze zwożeniem rowerów obciążonych sakwami ruchomymi schodami. Około godz. 07:00 podstawiany jest pociąg do Katowic. Tym razem jest to już nowoczesna myśl techniczna. Skład posiada przedział z miejscami do przewozu rowerów. Można ich pomieścić... aż cztery. Wagon znajduje się w środkowej części składu. W zamyśle projektantów „osoby niepełnosprawne” poruszające się na wózku powinny się pomieścić gdzieś między rowerami. No więc mocujemy dwa rowery do uchwytów z jednej strony wagonu i kiedy mocujemy trzeci na haku po drugiej stronie orientujemy się dwa rowery już stykają się siodełkami i pozostałym pasażerom chcącym się przemieszczać wewnątrz pociągu nie pozostaje nic innego jak czołganie się pod zawieszonymi rowerami (a należy pamiętać, że osoba nieposiadająca biletu musi się zgłosić do czoła pociągu celem jego nabycia). Pozostałe rowery pozostawiamy zatem oparte o ścianę wagonu. O godz. 08:13 wjeżdżamy na perony dworca Katowice Główne. Znowu mamy ok. 45 minut do odjazdu biletu kolejnego połączenia – tym razem do czeskiego Bohumina. „Mecenas” odczytuje z tablicy numer peronu i cała grupa posłusznie przemieszcza się we wskazanym kierunku. „Mecenas” i „Panterka” wykorzystują wolny czas na shopping w pobliskiej galerii. Kiedy do odjazdu pociągu brakuje 5 minut a na peronie nie ma nikogo poza nami Agnieszka sprawdza rozkład jazdy i… qrna zapowiada że pociąg ma wystartować z Katowic z zupełnie innego peronu. No to z jęzorem na wierzchu i rowerami na ramieniu wpadamy do właściwego pociągi „Kolei Śląskich”. Tłok w ostatnim wagonie. Rower na rowerze. Zostawiamy więc nasze i siadamy w sąsiednim przedziale. Bilety mamy do stacji granicznej Chałupki. O tym dlaczego nie można było kupić przez internet dowiadujemy się od konduktora. Otóż w weekendy w ramach porozumienia między kolejami czeskimi a śląskimi na bilet „Silesia Weekend” można dojechać do najbliższej stacji po drugiej stronie granicy. Bez sensacji docieramy do Bohumina. Nasze „iceczko” Bohumin – Brno już stoi na peronie. Obok pracownik ochrony. Mamy do odjazdu pociągu jakąś godzinę. Dobrze wiemy, że w restauracjach dworcowych na terenie Republiki Czeskiej polewają. Kiedy rozmawiamy o tym, żeby wybrać się tam z rowerami, ochroniarz upewniwszy się że to jest nasz pociąg i że mamy miejscówki na rowery stwierdza że możemy spokojnie już wejść do pociągu i zostawić bagaże. Stwierdza, że on tu jest od tego żeby pilnować wagonów. Pozostawiwszy rowery i bagaże w naszym przedziale udajemy się na pierwsze czeskie z pianką. W drodze do Brna – w pociągu drugie śniadanie. W Brnie jesteśmy o godz. 15ej. Tu zaczynamy i tu kilka dni później zakończymy naszą rowerową przygodę na Morawach. Póki co dzisiaj musimy dotrzeć do mjsc. Slavkov u Brna. Nazwa ta pewnie niewielu osobom coś mówi. Kiedyś miejscowość nosiła nazwę Austerlitz. Zatem z Brna jedziemy na znajdujące się ok. 12km od stolicy Moraw wzgórze Żurań gdzie w roku …. stał namiot Napoleona Bonaparte. Dzisiaj między drzewami znajduje się postawiony w 1935 roku marmurowy stół z metalową płaskorzeźbioną płytą, na której przedstawiono pozycje poszczególnych oddziałów przed bitwą. Na „górce” fotki i zaczynamy kombinować jak tu zrobić by się nie wracać do drogi głównej tylko do „napoleońskiej ścieżki rowerowej” dotrzeć przez okoliczne pola. Nic z tego nie wychodzi. Jedziemy w kierunku miejsca gdzie toczyły się najcięższe walki. Po drodze w mjsc. Slapanice – w restauracji „Na Kocande” - konsumujemy po „malinowce”. 1 km na południe od miejscowości Prace po stromym podjeździe osiągamy monument noszący nazwę Mogiły Pokoju (Mohyla Miru) wzniesiony w 1911 roku ku pamięci poległych w starciu żołnierzy – około 7 tys. Francuzów oraz 27 tys. Austriaków i Rosjan. Monument jest w stylu secesyjnym w kształcie starosłowiańskiego grobowca i ma wysokość 26m. W restauracji w Krenovicach - gdzie swoją kwaterę główną miało dowództwo sił austriacko-rosyjskich – kosztujemy „ciapowanej kofolki”. Do Slavkova dojeżdżamy ul. Krenovicką. Przeprowadzamy rowery przez drogę szybkiego ruchu E50 i wzdłuż ogrodzenia – mijając po drodze jakiś pensjonat - dojeżdżamy do „Penzionu na Hradbach” który prowadzi restauracje-pizzerie. Zasiadamy przy kofoli i próbujemy się zorientować w zakresie noclegów. Niestety jest przed sezonem i część hotelowa jest nieczynna. Wracamy do tego pierwszego pensjonatu ale tam z kolei wszystkie miejsca są zajęte. Nocleg znajdujemy w Pensjonacie Olga. Rowery za zgodą właścicieli wprowadzamy do naszego studia. Na kolacje schodzimy do Restauracji Olga gdzie na początek zamawiamy po „koziołku” z Wielkich Popowic. Na pytanie czy coś jeszcze zjemy uzyskaliśmy odpowiedź że mieli dzisiaj jakąś imprezę i że jedynie mogą nam zapodać karkówkę z chlebem. Z decyzją czekamy na Agnieszkę i Andrzeja i póki co wznosimy puchary. Koleżeństwo dociera, przedstawiamy sytuacje i w zasadzie dochodzimy do wniosku, że nie będzie nam się chciało nigdzie wychodzić i że ta karkóweczka z chlebem w zupełności wystarczy. Ale oto pojawia się on, Szef Kuchni i oświadcza, że jak chcemy to wykona z tego co ma jakiś kombinowany zestaw. Wchodzimy w to. Przy kolejnym „kozelku” dostajemy naszą karkówkę w sosie i wszyscy po równo: trochę frytek, trochę zapiekanych ziemniaczków i dwie różne sałatki (tak po dwie łyżki stołowe). Było pyszne. Jeszcze chwile posiedzieliśmy przy „koziołkach” i poszliśmy spać. Rano śniadanie o 8:30. Pensjonat opuszczamy ok. godz. 10ej. Podjeżdżamy pod Zamek Austerlitz, rowery parkujemy na placu obok fontany naprzeciwko budynku Urzędu Miejskiego. Rozpoczynamy zwiedzanie. Dwójkami. Najpierw budowle i park zamkowy pozwiedzali Aga i Jacek. Ja z Andrzejem idziemy jak wrócili. Do środka budynku nie wchodzimy. Focimy zamek z każdej strony i robimy przejście po zamkowym parku. Całość zajmuje nam jakieś 25 minut. Celem na dzisiaj jest miasteczko Kromeriż. Spod Urzędu Miejskiego w Slavkovie wyjeżdżamy ulicą Bucovicką. Przy stacji benzynowej – gdzie zaopatrujemy się w wodę na drogę - łapiemy szlak rowerowy nr 5097. Krótko przemieszczamy się poboczem dogi szybkiego ruchu nr 50 by obok kolejnej stacji benzynowej skręcić w prawo i potem w lewo wzdłuż torów kolejowych przez miejscowość Kriżanovice i Marefy dojechać do mjsc. Bucovice. Dojeżdżając do Bucovic musieliśmy przejechać przez odcinek wyłożony płytami betonowymi i kostką brukową. Nie było przyjemnie. W Bucovicach nasza ścieżka rowerowa odbija w prawo. My jednak na chwilę ją porzucamy i podjeżdżamy pod tamtejszy zamek. Z zewnątrz wygląda tak sobie delikatnie rzecz ujmując by nie rzec że dupy nie urywa. Pozory jednak mylą. Dziedziniec wewnętrzny wypełniają wsparte na wąskich kolumnach renesansowe arkady. Krótkie foczenie wewnątrz i od strony zamkowych ogrodów i już wracamy na szlak nr 5097. W mjsc. Kloboucky zjeżdżamy z drogi głównej i po przejechaniu paru kilometrów rozpoczynamy w lesie podjazd. Przed wjazdem jest znak zakazu ruchu dla pojazdów. Ale z góry jednak coś od czasu do czasu jedzie. Dobrze mi się kręci więc do planowanego przystanku obok stawu rybnego dojeżdżam pierwszy. W tym samym miejscu położony jest jakiś ośrodek turystyczny którego na mapie nie było. Krótki odpoczynek. Dalej jest cały czas pod górę. Kiedy kończy się asfalt zaczyna się szutrowy podjazd. W pewnym momencie każdy z nas z osobna podejmuje decyzje o zejściu z roweru i wyprowadzeniu wymienionego „do góry”. Nie ma najmniejszego sensu katować się na trekku z prędkością ok. 4km/h na stromym podjeździe. Na rowery wsiadamy z powrotem po wyprowadzeniu ich na drogę asfaltową. Po 300-400 metrach dojeżdżamy do krzyżówki za ścieżką rowerową nr 473. Na mapie miejsce to oznaczone jest jako „U Kriże”. Krótki postój. Izotoniki i batoniki. Bardzo stromy zjazd ścieżką rowerową nr 473 na dół. Następnie bez specjalnych wydarzeń przyjazd do mjsc. Korycany gdzie zwiedzamy ogród zamkowy (sam zamek jest w remoncie) a potem zasiadamy na ciapovanej kofoli oraz pizzy w lokalu obok kościoła pw. św. Wawrzyńca. W Korycanach kończymy przygodę ze ścieżką nr 473. Od teraz aż do mjsc. Kromeriż będziemy korzystać ze szlaku nr 5012. Przemieszczamy się w kierunku mjsc. Strilky, Cetechovice i Roslin. W pierwszych dwóch miejscowościach nie zatrzymując się mijamy zamki. Wjeżdżając na wzniesienie między miejscowościami Roslin a Zdounky łapię gumę. Konieczny postój i wymiana dętki. Koleżeństwu poszło to nad wyraz sprawnie. Browar będzie na miejscu. Póki co bez obciążenie przemieszczam się tam i z powrotem na „szczytowym wypłaszczeniu” aby się dętka ułożyła. Upał daje się we znaki. W miejscowości Zdounky zasiadamy na kolejnej kofolce w „Restaurace Ve Dvore”. Do centrum Kromeriż wjeżdżamy od strony kościoła pw. św. Jana Chrzciciela i Masarykovo namesti. Zatrzymujemy się na palcu obok pomnika pokutnego jakich wiele jest w czeskich miasteczkach. Ja i Andrzej pilnujemy rowerów a Aga i Jacek buszują po noclegowniach. Przychodzą niebawem ogłaszając wszem i wobec że jest nocleg. Może nie najtańszy ale ze śniadaniem rano i co ważne z restauracją na dole. 5 minut później wchodzimy do części sypialnej Hotelu Excellent. Rowery pozostawiamy w wyznaczonym nam pomieszczeniu i wchodzimy na piętro. Pakujemy się do dwóch dwójek i jeszcze przed prysznicami schodzimy pod parasole hotelowej restauracji. Obiadek okraszony lokalnym piwem. Około 19:30 wychodzimy na miasto. W pierwszej kolejności udajemy się na główny plac miasta tzw. Velke Namesti gdzie postawiony jest Mariansky Sloup postawiony z wdzięczności za uratowanie mieszkańców miasta podczas zarazy w 1680 roku. Próbujemy wejść do parku przy zamku arcybiskupów kromeriżskich ale okazuje się, że park otwarty tylko do godziny 20ej, a my jesteśmy u jego bram ok. 19:45. Odpuszczamy. Plątamy się wieczorową porą po urokliwych uliczkach obchodząc z obu stron Katolicką Szkolę Średnią (Arcybiskupske Gymnazium), z zewnątrz oglądamy kościoły pw. Św. Jana Chrzciciela i św. Maurycego (kolegiata) po czy znowu lądujemy na Velkym Namesti. Wszystko pustoszeje. Przed snem jeszcze zahaczamy o restauracje naszego hotelu. Rano śniadanie. Po nim udajemy się na dokończenie wczorajszego zwiedzania. Musimy bowiem zaliczyć to co zostało w roku 1998 wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Zaczynamy zatem od ogrodu zamkowego. Na teren parku wchodzimy „wschodnim” wejściem. Spacerujemy pośród starodrzewów, równolegle do stawu rybnego „Chotek”, dalej wzdłuż mino zoo, pawiego dworu (choć i od czasu do czasu jakiś paw na którymś z mijanych trawników się pojawia). Dochodzimy do lodziarni (nieczynnej) przy kolejnym ze stawów rybnych. Stamtąd zmierzamy w kierunku wyjścia. Wychodzimy z parku w uliczce w której znajduje się sklep i restauracja serwująca wina z „arcybiskupskich winnic”. Zmierzamy do clou naszego programu w Kromeriżu, do Ogrodu Kwiatowego (kvetna zahrada). Trzeba „przetuptać” ok. 15 minut. Wchodzimy przez główne wejście usytuowane od strony ul. Gen. Svobody. Nabywamy bilety i rozpoczynamy zwiedzanie od palmiarni. Wychodzimy i dosłownie nadziewamy się na dwie wycieczki szkolne. Żeby się nie tłoczyć idziemy w kierunku przeciwnym do tego który wybrali nauczyciele. Na niewiele się to zdaje. Po ogrodach przemieszczają się jeszcze dwie inne grupy. Widać że jest przed sezonem. Kwiaty dopiero zaczynają sadzić. Niemniej jednak spoglądając z platformy widokowej usytuowanej na kolumnadzie na jeszcze „puste” o tej porze roku ogrody można oczami wyobraźni dostrzec tą kolorystyką która w sezonie wypłynie. Ale czas nas goni. Zmykamy do hotelu. Dzisiaj trasa mocno zmodyfikowana w stosunku do tej jaka była w planach. Andrzej zaproponował bowiem przejazd do Uherske Hradiste wzdłuż Morawy. Krócej i mniej przewyższeń. Słowem „lajtowo” bo z biegiem rzeki. Trasę Nr 47 namierzamy koło mostu, 0,5 km od hotelu. Od granicy miasta ścieżka rowerowa poprowadzona została wałem po prawej stronie rzeki aż do miejscowości Kvasice gdzie robimy małego brejka przy kofoli w restauracji przy ośrodku sportowym. Zmieniamy stronę rzeki i dalej jedziemy wałem po lewej stronie. Dojeżdżamy do jazu na rzece Morawie i niedużej elektrowni wodnej Belov. Skręcamy w lewo i przemieszczamy się przemysłowymi przedmieściami mjsc. Otrokovice – gdzie przez kładkę dla pieszych na dopływie Morawy rzece Drewnice – przeprowadzany rowery (bo trochę źle się jeździ po schodach). Wjeżdżając do mjsc. Napajedla w oddali widzimy zabudowania zamku. Zjeżdżamy zatem ze ścieżki rowerowej do centrum. Zatrzymujemy się na skwerze mając przed oczami Kościół pod wezwaniem św. Bartłomieja, za plecami budynek Starego Zamku (dzisiaj wykorzystywanego do celów mieszkalnych). Podjeżdżamy do górnego zamku – tego którego dach widzieliśmy z trasy rowerowej. Niestety – co nas troszkę zdziwiło – wszystkie bramy są zamknięte. Trudno. Zjeżdżamy z powrotem ze szlaku. Cały czas poruszamy się jeszcze wzdłuż Morawy. Tak będzie do pięciometrowego jazu w mjsc. Spitihnev. Od tego momentu aż do mjsc. Uherske Hradiste poruszamy się już nie wzdłuż rzeki Morawy a wzdłuż Kanału Bata (wybudowanego w latach 1935-1938 – ponownie otwartego do żeglugi po 35 latach nie użytkowania w roku 1994) pokonując parę stopni wodnych (śluz) po drodze. W miejscowości obok jednej z przystani knajpeczka. Zatrzymujemy się na kofolkę i jakieś żarełko. Do centrum Uherske Hradiste wjeżdżamy od strony „ujścia” kanału Batut do Morawy. Postój na Mariańskim Namesti. Aga i Jacek – jak zwykle udali się „na pokoje” a ja z Andrzejem czekamy na to co załatwią. Byli tu i ta. Stanęło na Pensjonacie „Bily dum”. Wnosimy rzeczy do naszego apartamentu. Aga zostaje a my w trójkę już bez sakw (zupełnie inna jazda) robimy rundkę tam i z powrotem do Velehradu – kolebki czeskiego chrześcijaństwa. Miejsca do którego przybyliśmy bardzo dawno temu Święci Cyryl i Metody. Zwiedzamy bazylikę i spadamy, bo i czas coś przekąsić. Szukając odpowiedniego miejsca zwiedzamy przy okazji Uherske Hradiste. Za Masarykovym Namiestie, przy ulicy Różanej naszą uwagę przyciąga szyld „Piwnice Tesar”. Swojska czeska knajpeczka (choć pewnie przeważają Słowacy gdyż na tym terenie są zdecydowanie dominującą nacją). Zero turystów. Zamawiamy lane piwo. Browar tylko pobudził soki trawienne. Chcemy znaleźć coś lokalnego, dla swoich bo dla przyjezdnych to zawsze możemy przysiąść w jakimś hoteliku których tu nie brakuje. W końcu w jednej z uliczek knajpeczka na dziedzińcu. Serwują ścierwo z grilla, czyli już jest dobrze. Zasiadamy. Na wstępnie zamawiamy po jednym i… żeberka (0,5kg). Wydaje sięgam to trochę mało toteż dokładamy jeszcze pieczone ziemniaki z serkiem. Uffff, daliśmy radę. No ale po takim kulinarnym wysiłku trzeba się przejść. A więc lądujemy na ostatnim browarze w „Restauracji u komina” przy wałach rzeki Morawy. Rano śniadanko w „Bistro Lucia”. Pogoda się psuje – niestety. Jest chłodno i wyraźnie widać, że dzisiaj poleje. Z miasta wyjeżdżamy drogą Nr 47A. Jeszcze w granicach miejscowości, przy wałach rzeki Morawy ubieramy „żabki” bo zaczyna padać. Zdaniem koleżeństwa biorę udział w jakimś projekcie typu „Batman powrócił”. W miejscowości Kostelany nad Moravou przekraczamy rzekę historycznym nitowanym mostem. Leje już na dobre. Początkowo lasem, potem wzdłuż stawów rybnych dojeżdżamy do mjsc. Ostrożska Nova Ves. To kończy się droga nr 47A. Zamierzamy przyczaić się w jakiejś restauracji. Niestety „u Raćka” jest zamknięte. Dopiero w kolejnej miejscowości, Kvacice zasiadamy w Hostingu Pod Lipami. Herbata, kawa i polevka. Kiedy wychodzimy jeszcze pada ale nie jest to już takie natężenie jak kilkadziesiąt minut wcześniej. W mjsc. Veseli nad Moravou już prawie nie pada. Robimy brejka w pałacowym parku i rozglądamy się po okolicy. Sam zamek to w zasadzie ruina, ale park zadbany. Po drugiej stronie kanału znajduje się elektrownia wodna z 1913 roku. Dalej trasą Nr 47 dojeżdżamy do mjsc. Strażnice gdzie oczywiście zwiedzamy tamtejszy zamek i przejeżdżamy przez park. Za Strażnicami wjeżdżamy w drogę gruntową biegnącą wzdłuż kanału Batuv, pomiędzy polami uprawnymi. No i zaczął się dramat. Kopiemy się w grząskim błocie niemalże „po ośki”. W pewnym momencie muszę zejść z roweru i ręcznie zdjąć nadmiar błota jaki zgromadził się między oponą a wachlarzem. Jakoś dotarliśmy do przystani wodnej w mjsc. Petrov. Dalej droga biegnie lasem. Błota wprawdzie aż takiego nie ma ale pojawiła się kolejna ulubiona przez nas nawierzchnia tj. tłuczeń (taki gruboziarnisty). Aga z Andrzejem na swoich „góralach” jadą po tym g(…)ie, Ja z Jackiem na pewnym odcinku rowery prowadzimy. Gdzieś na odkrytym terenie w ciągu przecinających się pół gubimy naszą 47-kę. Dojeżdżamy do skrzyżowania z trasą szybkiego ruchu Nr 55 poniżej wyjścia szlaku. Będąc przekonanym o tym, że jesteśmy na ścieżce rowerowej trasę szybkiego ruchu przecinamy na wprost. Dojeżdżamy do miejsca w którym kanał Batuv uniemożliwia nam dalszą jazdę. Intuicyjnie skręcamy w prawo i po kilkudziesięciu metrach nasza ścieżka pod kątem prostym skręca w prawo. To nam się nie podoba bo świadczy o tym, że wrócimy się do trasy szybkiego ruchu. Konfrontujemy teren w aplikacji mapy.cz i dopiero teraz widzimy w jakiej czarnej d(…)e jesteśmy. Po lewej stronie kanał Batuv, przed nami rzeka Morawa. Postanawiamy się wrócić, podjechać pod przystań Skalica i tam poszukać możliwości przejścia na drugą stronę kanału. Przechodzimy po śluzie mimo znaku zakaz przejścia. Po drugiej stronie natrafiamy na ścieżkę rowerową. Dość szybko wjeżdżamy na wał rzeki Morawy. Na znacznym odcinku położone są betonowe płyty co sprawia, że komfort jazdy nie jest najwyższy. Do miejscowości Hodonin wjeżdżamy od strony południowej. Pasuje nam na jakiejś stacji umyć zabłocone rowery. Zatrzymujemy się obok Urzędu Miejskiego na Masarykovym Namesti. Jeden z mieszkańców pokazuje nam na mapie gdzie jest najbliższa samoobsługowa myjnia samochodowa. Obsługą myjki zajmuje się Mecenas a my dbamy jedynie aby do automatu dorzucać monety. Nocleg mamy uzgodniony w mjsc. Mikulcice, w pensjonacie „U Kostela” gdzie znajduje się muzeum winiarstwa a sami właściciele produkują własne wina. W pół godziny ścieżką rowerową Nr 45 meldujemy się pod pensjonatem. W pokojach czeka buteleczka z białym winem państwa Bartoników. Musimy coś przekąsić wiec udajemy się do pobliskiego hostinca ale tam tylko polewają. Należy się, toteż zamawiamy Ja jeszcze tylko robię rozeznanie w drugim hostincu i wracam pośpiesznie do przyjaciół. A tam już się chłodzi. Uzgadniamy z barmanką czy można tu gdzieś zamówić pizze z dowozem. „Złota dziewczyna” zamówiła nam trzy największe na 4 osoby. Kiedy wychodzimy w oddali szaleją burze. Zdążyliśmy przed. Na wieczór zamówiliśmy do degustacji 3 różne wina z winnicy Bartonik. Rano po śniadaniu wyjeżdżamy trasą nr 43. W zasadzie bez ekscesów dojeżdżamy do Breclavia. Focimy ruiny zamku i… znowu kombinujemy, bo nie może być żeby było za łatwo. Zamiast prosto do celu, pognało nas w górę rzeki Dyji i dojechaliśmy do miejsca w którym rzeka rozdziela się tworząc dwie odnogi. I żeby było śmieszniej wybraliśmy tą bliższą celu. Skutek? Znowu uwaliliśmy rowery w błocie. Z jako tako oczyszczonym ogumieniem zmierzaliśmy w kierunku włości kiedyś jednego z najbogatszych europejskich rodów rodu Liechteinsteinów. Po paru kilometrach dojechaliśmy wybudowanego w zakolu Starej Dyji zameczku Januv Hrad (pełnił funkcje zameczku myśliwskiego, mieszkał w nim także książęcy gajowy). Jesteśmy już na terenie wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO kompleksu pałacowo-parkowego Lednice – Valtice. Krótki brejk i dalej w drogę. Dojeżdżamy do zamku Lednice. Niestety po parku nie można jeździć na rowerze. Z zewnątrz oglądamy sam budynek, który przebudowany został początkowo na styl renesansowy, potem barokowy, a po kolejnej rekonstrukcji w latach 1846-1856 „przybrał” obecny kształt w stylu Tudorowym. Oczywiście focimy – oprócz bryły, Kościół pw. św. Jakuba Starszego oraz przylegającą do zamku palmiarnię z 1835 roku. Ogrody zamkowe utrzymane ale jeszcze nie w pełni zaświecone. Ruszamy zatem do drugiego zamku rodu Lichtensteinów w mjsc. Valtice. Przy „Velkich Lednickych Rybnikach” przystanek „Vinarskhego Vlacka” (między Lednicami a austriackim Schrattenberg). Potem pośród starodrzewów co chwilę mijamy pamiątki „przepychu” wielkiego kiedyś rodu. A to po kolei: Świątynia Trzech Gracji (kolumnada z 1824 roku przed którą stoi rzeźba trzech starożytnych bogiń), Kaplica św. Huberta (trójkątna budowla z wypukłą kopułą zbudowana z piaskowca w roku 1855 w stylu neogotyckim), Świątynia Diany zwana też Zamek Rendez-vous (rezydencja z roku 1812 w kształcie rzymskiego łuku triumfalnego poświęcona bogini polowania Dianie). Z lasów wyjeżdżamy na wysokości dworu Belvedere nad Valticami. Już w Valticach na małą przekąskę wpadamy do „Cyklozahradki u Pumpicky”. W samych Valticach przespacerowaliśmy się po placu Svobody (przy którym usytuowany jest m.in. Kościół pw. Wniebowzięcia NMP z XVIII wieku) i zwiedziliśmy zamek oraz przylegający park (który jednak znacznie odbiega od tego w Lednicach). Z Valtic wyjeżdżamy pośród winnic na górujące nad miastem – tuż przy austriackiej granicy – wzniesienie na którym postawiona została widokowa kolumnada z początku XIX wieku. Na to wzniesienie rowery wprowadzamy. Wydaje nam się że za chwilę lunie i to porządnie, więc czym prędzej zjeżdżamy na dół do mjsc. Uvaly po czym znowu „wspinamy się” na grzbiet oddzielający tą miejscowość od miejscowości Siedlec. Na zjeździe mijamy spotkaną w pociągu do Bohumina młodzież mozolnie pokonującą podjazd. Jesteśmy już blisko Mikulova – miejsca w którym wyznaczyliśmy sobie przedostatni nocleg tegorocznej wycieczki. Tuż przed Mikulovem w miejscu z którego widać ciągnący się sznur ciężarówek zmierzających z lub do Austrii ciekawy pomnik (współczesny artysta powiedziałby zapewne „instalacja”) ofiar „żelaznej kurtyny”. To 53 wbite pionowo metalowe szyny z wyrytymi imionami i nazwiskami wraz z datami urodzin i śmierci osób zastrzelonych przy próbie przekroczenia granicy. Do Mikulova wjeżdżamy ul. Jiraśkovą. Mijamy rondo i stromo do góry pchamy się w kierunku Starego Miasta gdzie mamy zarezerwowany nocleg w Pensjonacie „Pod zamkiem”. Rozdzielamy się. Jak „wydarłem do góry”, koleżeństwo natomiast zatrzymało się przy „skrzynce z kasą”. Jakoś tak się porobiło, że musimy się telefonicznie „spikać”. Na szczęście skutecznie. Nie bez trudu odnajdujemy nasz pensjonat. Wychodzimy zwiedzać miasteczko i coś przekąsić. Jest niewielkie więc dość szybko przechodzimy uliczkami tam i z powrotem. Na obiadek wstępujemy do Restauracji Alfa. Czuć oddech Czechosłowacji – a przynajmniej takie odczucie mamy widząc ubiór i zachowanie kelnera nas obsługującego. Poza tym bez zarzutu, „żarełko” pierwsza klasa (co warte podkreślenia wreszcie namierzyliśmy knedliczki z gulaszem – co podobno jest potrawą narodową a tu w południowych Czechach podczas naszych wyjazdów w menu odwiedzanych restauracji nie gości). Zwiedzamy zamek, tzn. dziedziniec, park czyli to co zwykle. Jakiegoś, że tak powiem zacięcia do zwiedzania nie ma, toteż po „sfoczeniu” okolicy w tym widoku na „Svaty kopećek” (droga krzyżowa na przeciwległym wzniesieniu). Mikulov to można by rzec mekka czeskiego winiarstwa, stąd co i rusz jakaś winiarnia. Owszem ładnie to z zewnątrz wygląda ale niestety widok nachylonego nad gośćmi ubranego w spodnie w kantkę i białą koszulę pana cedzącego pół kieliszka wina skutecznie odstrasza. Na szczęście udaje na się wieczorem namierzyć lokal marki lokal z taką świeżusią lokalną atmosferą. Może nie jest wykwintnie ale polewają to co lubimy. Rano pod drzwiami naszego pensjonatu ekipa remontowa montuje rusztowanie. Nooo jest uroczo przy wynoszeniu rowerów. Jest 26.05.2016 roku i czeka nas ostatni rowerowy etap w Czechach. Trasa do Brna. Z Mikulowa „płasko pod górkę” aż do Kocich Skałek. Zjeżdżamy do mjsc. Klentnice i za miejscowości Perna rozpoczynamy podjazd w kierunku miejscowości Horni i Dolni Vestonice. W tej ostatniej miejscowości przekraczamy mostem duży sztuczny zbiornik wodny na rzece Dyje. W mjsc. Pouzdrany zatrzymujemy się na lampkę wina w winnicy Kolby. Konsumujemy Cabernet Sauvignon rocznik 2008, który zdobył na jakichś targach winnych złoty medal. W mjsc. Żidlochovice przeprowadzany rowery przez kładkę dla pieszych nad rzeką Svratka. Postanawiamy się bliżej przyjrzeć tamtejszemu zamkowi ale jesteśmy stamtąd dość szybko „wyproszeni” z uwago na fakt iż jest to teren prywatny nadleśnictwa. A szkoda bo to jest podobno jeden najlepiej zachowanych zamków myśliwskich w Europie. W Restauracji Pavir zatrzymujemy się na Kofolę. Skończyło się pełnym menu z „dziennego rozdania”. Przed Brnem gubimy ścieżkę i tak naprawdę pod dworzec kolejowy w Brnie dojeżdżamy kombinacją różnych ścieżek rowerowych i chodników dla pieszych. Jeszcze na dodatek mecenas złapał gumę i trzeba było wymieniać dętkę. Ponieważ nocleg i bilety na dzień następny mamy opłacone to popołudniową wyskoczyliśmy zwiedzać Brno i coś przekąsić. Do centrum mamy ok. 10 minut drogi. Kierujemy się początkowo na Klasztor Ojców Kapucynów pw. Św. Krzyża (gdzie w krypcie kościoła do dzisiaj zachowało się 24 mumie ze 150 pochowanych tam dostojników). Później kierujemy się do Katedry pw. św. Piotra i Pawła (której początki sięgają połowy XII wieku). Ulicą Biskupią schodzimy do Śilingovo Namesti i stamtąd docieramy do wzgórza Spielberg. Zanim jednak rozpoczęliśmy wspinaczkę „na mury” skonsumowaliśmy Staro Brno w Restauracji pod Spilberkem. Wzgórze zamkowe „rach ciach ciach” i na obiadek bo flaki zaczęły się domagać. Zadośćuczyniliśmy sobie w Restauracji Na Śvabce (gdzie turyści zazwyczaj nie zaglądają). Nocny spacer po Starym Brnie i rano odjeżdżamy do Bohumina. Ostatnie czeskie piwo w miejscu gdzie zaczynaliśmy naszą majówkę. Powrót z dwoma przesiadkami do Tarnowa. Projekt „Czechy 2017” został zakończony.

 

bottom corner