2017.03.25-26

Widełki – Teleśnica Oszwarowa. XI i XII etap realizowanego przez PTT o/Tarnów długodystansowego szlaku Grybów – Rzeszów. Tarnów opuszczamy ok. godz. 7ej rano. Przed nami ponad 3,5h drogi. Za Leskiem aplikujemy sobie rozpuszczoną pierwszą przed wysiłkową dawkę glukozaminy, aminokwasów, elektrolitów. Przed godz.: 11tą wychodzimy na trasę z miejsca w którym w ubiegłym roku „sekta” zamknęła etap X. W miejscu gdzie mały potoczek przebija się do rzeki Wołosaty „małe rozlewisko”. Wszyscy idziemy w jednym ciągu. Ale to trwa naprawdę krótko. Chwilę potem wszystko wraca do normy. Z przodu zawodnicy, pośrodku i z tyłu koneserzy. Powoli wchodzimy na grzbiet masywu Magury Stuposiańskiej (1016m npm). Idziemy tak trochę do góry, trochę w dół. Ponieważ jesteśmy po północnej stronie to im wyżej jesteśmy tym więcej śniegu. Pojawia się w dyskusji argument, że zapadamy się w nim ponieważ za dużo ważymy. Osobiście wolę na to zagadnienie spoglądać przez pryzmat niestabilnej już na wiosnę pokrywy śnieżnej. W 1h 10 min wchodzimy na grzbiet, na polankę nieopodal drogowskazu z napisem 985m npm. Popas. Widokowi na Połoninę Caryńską, południowo-wschodnią część pasma granicznego oraz najwyższy szczyt Bieszczad. Mamy kółeczka to korzystając z okazji spożywamy. Po dołączeniu wszystkich uczestników wycieczki ruszamy dalej na szczyt Magury Stuposiańskiej. W kilkanaście minut jesteśmy na miejscu. „Sekciarska obrzędowość” nakazuje wykonanie wspólnej fotki z banderą na najwyższym punkcie, co czynimy. Ruszamy dalej a z przodu dochodzą westchnienia zachwytu takie jak chociażby O k(...)a! Za chwilę doświadczamy tego co wyzwoliło takie pozytywne emocje. Czeka nas baaaardzo strome zejście, w głębokim śniegu (bo to znowu strona północna). Pokonujemy ciek wodny i już bez sensacji dochodzimy do kolejnego miejsca postojowego w mjsc. Dwernik. Nie jest on tak atrakcyjne jak poprzednie. Siedzimy między jakimiś chaszczami tuż nad drogą asfaltową. Drugi raz konsumujemy „balsam”. Przechodząc drogą asfaltową przez osadę mijamy kościół a potem po lewej stronie widzimy w zasadzie ruiny nieistniejącego już dzisiaj – nie wiem jak to nazwać bo słowo bar w tym przypadku jawi się jako personifikacja luksusu - „przybytku” z którym wiążą się wspomnienia inicjacji sprzed ponad 30 lat wstecz. Nowe też przyszło do Dwernika (niestety). Mijamy bowiem także ośrodek z krzykliwym napisem SPA. Na moście na rzecze San sesja zdjęciowa. Zaraz potem szlak odbija w lewo, po czym w prawo i zaczynamy ostatnie w dniu dzisiejszym podejście – myląc na jego początku szlak (ale od czego jest aplikacja mapy.cz). W Chacie Socjologa na Otrycie meldujemy się przed godziną 16tą. Obuwie pozostawiamy w holu wejściowym a plecaki w kolejnym. Na głównej sali są już „sportowcy”. Czas na posiłek i coś do. Ponieważ mój osobisty dietetyk nie ustaje w przekonywaniu mnie do zmiany nawyków żywieniowych zabrałem ze sobą kiełki brokułowe, pomidorki koktajlowe, pasztet z dziczyzny (wg napisu na etykiecie produktu) oraz chlebek Wasa (nie ten dla bezzębnych). Zaczęliśmy jednak od „ciumkania”. Bo to też się wniosło. U „socjologów” jest tak, że trzeba tam wszystko samemu sobie przygotować pod czujnym okiem gospodarza domu. O mało co nie doszło do walki plemiom o miejsca noclegowe. Okazało się bowiem, że my tu sobie gadu gadu przy… a warszawska młodzież zaczyna zajmować miejsca noclegowe. Na szczęście odpowiednio dzięki Piotrkowi zadziałaliśmy. Młodzież wieczorem ma jakąś prezentacje o czym informuje nas ich – w mojej ocenie – naćpana wychowawczymi. Kobieta nie potrafi nawiązać kontaktu wzrokowego. Mówiąc zawsze gdzieś patrzy w bok poza. No nie wiem może nieustannie ćwiczy zachowanie podczas spotkania z niedźwiedziem (jest bowiem taka zasada żeby nie patrzeć mu w oczy bo to prowokuje). Opuszczamy nasze ławeczki i udajemy się „na pokoje”. I tu skończyły się zobowiązania że wystarczy poprzestać na tym co się wniosło. Tak jakby „ad hoc” pojawiła się koncepcja wyjścia przed „sportowcami” która spotkała się z powszechnym uznaniem. A że akurat była zmiana czasu to pierwsze budziki wg już starego czasu rozdzwoniły się ok 4:15. W nocy musiałem wyjść za potrzebą. W klapkach, bieliźnie termicznej kilkanaście metrów za chatą na świeżej pokrywie śnieżnej wyciąłem Orła. O zajebiście intuicyjnej drabince w pokoju postanowiłem się nie wypowiadać. Wychodzimy przed godziną 7ą rano. Przed nami już są inni. „Sportowcy” śpią natomiast dalej. Chłodno, sypie śnieżek. Przed nami w pierwszej części dnia przejście grzbietu Otrytu. To w powszechnej opinii najdziksza i trudna orientacyjnie część Bieszczadów. Może tak było kiedyś, dawno temu. Teraz szlak oznakowany jest na tyle gęsto, że aby go zgubić to trzeba byłoby się naprawdę natrudzić. Ponieważ idziemy grzbietem to te podejścia i zejścia nie są uciążliwe. 30 minut po wyjściu z Chaty Socjologa dawkujemy Guaranę. Zaczynamy dochodzić do pierwszych „uciekinierów”, których mijamy i gonimy pozostałych. Nigdzie misiów a przecież w tamtej okolicy dwa tygodnie przed naszym przybyciem jeden pokiereszował pracownika leśnego. Poruszamy się głównie w lesie mieszanym z przewagą buczyny. A tak jak wiadomo o każdej porze roku wygląda pięknie. Na przełęczy pod Hulskiem (778m npm) spotykamy już wszystkich. Fotka i mały brejk. Glukozamina, Tauryna, aminokwasy rozgałęzione BCAA, elektrolity. A wszystko to okraszone smakiem pomarańczowym. Teraz aż do mjsc. Polana cały czas drogą leśną. Po drodze pojawiają się pierwsze panoramy (do tej pory cały czas szliśmy bowiem w lesie). Mijamy Smolarza i jego piece służące do wypalania węgla drzewnego (jeden działa). Miejscowość Polana. Do Teleśnicy Oszwarowej mamy stąd jeszcze 3h. W Chrewcie skręcamy z drogi drogi w prawo i na kłodach drewna przy potoku Czarny robimy brejka. Dalej początkowo wzdłuż potoku wznosimy się Doliną Paniszczówski skąd rozciągają się widoki na końcówkę Zatoki Potoku Czarnego Jeziora Solińskiego i usytuowany na jej końcu Ośrodek Wypoczynkowy Moklik. Początkowo nic nie wskazuje na to w jakie „gówno wdepnęliśmy”. Poruszamy się grzbietem po wschodniej stronie Jeziora Czorsztyńskiego którego najwyższym punktem naszej trasy jest szczyt Łabiska (615m npm). Przez zdecydowaną większą trasy permanentne błoto. Nie idzie się w czymś takim komfortowo. Do Teleśnicy Oszwarowej doszliśmy o godz. 13ej. Marzyła mi się na zejściu knajpka serwująca schabowszczaka z kapustą zasmażaną. Jak powyżej marzyłem o. D(...)a, ale był sklepik czynny toteż zaspokoiłem się drożdżówką i coca-colą. W drodze powrotnej kawusia na stacji benzynowej i w Tarnowie lądujemy po 17ej. Bez zbędnej zwłoki do „Mecenasa” na pokaz fotek z himalajskiego wyjazdu. Miał trwać 1h z niedużym poślizgiem. Skończył się na życzenie odbiorców ok. godz. 20:45.

 

bottom corner