2017.02.10-12

Tatry Zachodnie. 10 lutego 2017 roku wyjeżdżamy z Krakowa ok. godz. 1530. Trwają ferie zimowe i chyba tylko tym należy tłumaczyć szybkie opuszczenie tego miasta. W ogóle trasa jest niespecjalnie obciążona. W Rabce-Chabówce opuszczamy „zakopiankę” i kierujemy się na Chochołów. W Restauracji „U Śliwy” zatrzymujemy się na obiad. Żurek, Kaszanka z ziemniakami i kapustą zasmażaną oraz koleżanka Naleśniki z serem i bitą śmietaną. Z bitą śmietaną było małe zamieszanie bo Bożenka chce zrzucić z tego co pamiętam jakieś 10 do 15kg - a ta podobno tuczy. Stanęło na tym, że „šľahačka“ zostanie podana oddzielnie. Stwierdzę tylko, że została pochłonięta. Na parkingu przy wejciu do Doliny Chochołowskiej jesteśmy tuż po 18-tej. Rok temu widać było gwiazdy, teraz niebo jest zasłonięte. Jest jednak dużo cieplej. Ruszamy w ciemną noc. Od czasu do czasu mijjają nas wracające kuligi z pochodniami. Idziemy, focimy i spożywamy. W niecałe 2 godziny jesteśmy w schronisku. Oczywiście część „kulinarna“ już jest zamknięta. Bierzemy klucze i udajemy sie do naszego pokoju. Kładziemy się spać po północy. Rano, karnie przed godziną 8-ą meldujemy się na stołówce. Zamawiamy śniadanko. Spotykamy dwie „sekciary“, które w piątek realizowały ten plan co mamy na dzisiaj. Dochodzą też koledzy którzy podjechali ze Śląska. Konsumujemy bez specjalnej „spiny“. Po śniadaniu wychodzę z Bożeną na szlak (przyjaciel ma inne plany). Idzie mi się marnie – uczciwie trzeba przyznać, że wychodzi niedospana noc. Szlak jest przetarty. Nawet dość mocno wyślizgana. Moje stare, wytarte Scarpy się lekko ślizgają. Zakładam raki. Na Grzesia wchodzimy ok. 1220. Na szczycie impreza (muzyka góralska, śpiewy itp.). Focimy i idziemy w kierunku Rakonia. Pogoda marzenie. Słoneczko, widoczność w każdych warunkach, brak wiatru. Gdzieś w połowie podejścia na Rakoń spotykamy wracających „ślązaków“. Przed godziną drugą meldujemy się na Rakoniu. Nawodnienie i baton od Bożeny. Na tym etapie jestem przekonany, że swoje batony zostawiłemw schronisku (jak się później okaże można były zajrzeć do kieszeni w klapie plecaka). Rozpoczynamy podejście. Na przełęczy, tam gdzie odchodzi odchodzi szlak „zielony“ wyślizgana rynna. Widać, że ktoś tamtędy na pośladkach zjeżdżał. Im wyżej tym mocniej wieje. Bożena na szczyt wchodzi pierwsza, ja parę minut później. Jest 1445. Wieje. Może jeszcze d(...)y nie podrywa ale po zdjęciu rękawiczek ręce bardzo szybko sztywnieją. Szybkie „foczenie“, Bożena zakłada na zejście raki i spadamy do lepszego klimatu. Wszystko wróciło do normy na przełęczy. Wracamy tą samą drogą. Powoli zaczyna się za górami chować słońce. Robi się klimatycznie. Ok. 1730 jesteśmy z powrotem w Schronisku w Dolinie Chochołowskiej. Na korytarzu spotykamy kolegę. Kilkanaście minut później schodzimy na obiadokolacje. Przysiadamy się do stolika przy którym już siedzą Agnieszka i Michał. Po obiedzie czas na uzupełnianie płynów i omówienie planów na dzień następny. Kolega haczy: a to tu przyniesie wino samotnej turystce, a to wysępi śmietanę i serek od innej (jak zapewniają koledzy oddalającej się turystki zrobiony włąsnoręcznie – nie wiedzieć tylko dlaczego na opakowaniu pisze Pilos). Biblijnej zasady „po owocach ich poznacie“ nie udało się do końca zweryfikować. Po zamknięciu sali przenosimy się do holu. Tam przy... ustalamy i przy okazji namawiamy świeżo poznaną młodzież na wyjście na Bobrovec. Wydaje sie bowiem, że to najlepsza alternatywa na szybkie wejście i zejście oraz w miarę wczesny powrót do domu. W niedzielę ok. 930 rozpoczynamy realizację planu. Na Jamburową Czubę mozolnie między drzewami, potem po odsłoniętych ze śniegu skałach docieramy ok. 1045. Potem już jest fajnie. Granią wchodzimy na cel naszej wycieczki. Odpoczynek. Foczenie i… patrzymy na tłumy ciągnące na Grzesia. Ktoś tam za nami wchodzi na Jamburową Czubę co oznacza, że wejście jest popularne (zresztą myśmy też szli po wydeptanej ścieżce). Po krótkim odpoczynku rozpoczynamy zejście. Początkowo grzebietem, ale potem – poza jedną osobą – reszta postanawia schodzić bezpośredniu w dół żlebem. Ponieważ śniegu do jego podstawy prawie (odsłonięte trawy) mamy pewność, że żadna lawina nam nie grozi. Zejście trochę nam zajęło bo jednak nachylenie nie jest małe ale szczęśliwi zameldowaliśmy w schronisku ok. 1240. Szybka zupka i wracamy tą długą, nudną doliną do jej początku. Wracając podwozimy młodzież do Bochni, potem siebie. Udany weekend został zamknięty.

 

bottom corner