2017.01.27-29

Dolina Staroleśna & Sławkowski Szczyt. Piątek, 27 stycznia 2017 roku dosyć sprawnie via Kraków docieramy do albo raczej w okolice zarezerwowanego w słowackim Popradzie „Apartmans cvc”. Żeby namierzyć lokal niezbędnym okazuje się nawiązanie połączenia telefonicznego z wynajmującym. Później poszło już z tzw. „górki” a kiedy okazało się, że apartament jest nad lokalną knajpeczką z pizzą to musiało się zacząć jak zwykle. Co tam bagaże w samochodzie kiedy… Zamawiamy co kto lubi i na co ma ochotę po czym wznosimy „pohary” po raz pierwszy i nie ostatni. Głodni wtranżalamy znakomitą pizzę i oddalamy się na „kwaterę”. Rano (28 stycznia 2017 roku) na śniadanie owsianka. No dobra to Bożena. My natomiast obalamy „mięsnego krakusa”, pomidorki, korniszony, cebulę i na to wszystko serek. Do dworca kolejowego mamy ok. 1km. Okazuje się, że odjazdu „elektriczki” pozostało nam jakieś 40 minut. Cóż było robić. Doszliśmy do wniosku, że trzeba się zaszyć na ten czas. A było gdzie. Na samym dworcu jest bowiem mała kawiarenka – taka jakich wiele tam a u nas nihuhu. Bożenka stopuje a wchłaniamy postojowe. W „elektriczce” tłok. Zaczynam się – starając się nie dostrzegać „podśmiechujek” przyjaciół – bawić nowym gadżetem. Sam nie wiem jeszcze jak to działa, czy jak dotknę przycisku to zadziała czy nie, ile wytrzyma bateria itp. Dojeżdżamy do Starego Smokowca gdzie zgodnie z oczekiwania pociąg robi się pusty. Nietrudno się domyśleć, że całą ta pielgrzymka zmierza do kolejki. My mamy na tą chwilę lepszy pomysł. Wchodzimy do bistro na między innymi zupę z soczewicy. Syci i napojeni ustawiamy się do kolejki w celu zakupu przejazdu na Hrebeniok. Cała operacja kończy się szczęśliwie. „Ładujemy” w piękne słoneczne przedpołudnie na górze. Bez specjalnej zwłoki oddalamy się w kierunku krzyżówki nad Reinerovą Chatą. Na tym odcinku panuje dość spory tłok. Rozpoczynamy mozolne podejście górnym odcinkiem Velkej Studenej Doliny zwanej w naszej nomenklaturze Doliną Staroleśną. Po niedługim czasie pojawia się informacje, że wchodzimy w teren w którym może występować zagrożenie lawinowe. Zważywszy na ilość śniegu wydaje się to jednak mało prawdopodobne, zresztą TANAP od paru dni wskazuje na drugi stopień zagrożenia. Z lewej strony dostrzegamy coś co w Tatrach się rzadko spotyka. Lodospady – nawiasem już „opracowywane” przez wspinaczy. Po pierwszym takim wyraźnym szarpnięciu progu kończy mi się zasilanie w kamerze (wrr). Po drodze mijają nas skiturowcy. Koleżeństwo mi trochę do przodu uciekło, toteż w okolice schroniska Zbójnickiego docieram z kilkuminutowym opóźnieniem. Focimy i wchodzimy do środka. Przysiadamy się do grupy młodych Słowaków. Ja pilnuję miejsca i przy okazji korzystam z możliwości podłączenia powerbanka do kamery. Bożena zamówieniem Frankovki Modrej wprawiła w osłupienie obsługę (oj będą mieli o czym rozprawiać w długie, puste zimowe wieczory). Nasze browary zostały ewidentnie potraktowane jako coś normalnego. Do tego zamawiamy gulaszek z knedlikami. Pychota. Fajnie się siedzi w ciepełku i ogląda te młode słowackie ciałka, ale komu w drogę temu czas. Zbieramy się około 15. Ubieramy raki i rozpoczynamy schodzenie. Znowu działa kamera. Nie jestem może od razu wniebowzięty ale z tego powodu też nie płaczę. Powrót tą samą drogą w dół przebiega sprawnie – nie licząc tego że na początku „zarośli” szlag trafił baterię w kamerze. Raki odpinamy przy krzyżówce na Reinerovą Chatą. Zjazd kolejką do Starego Smokowca. Jest już ciemno. Idziemy gdzieś coś zjeść. Wybór pada na Restauracje Culinarium. Wchodzimy i siadamy przy wolnym stoliku. Na obsłudze przedstawiciele grupy etnicznej pochodzenia indyjskiego. Ale się qrna ruszają. Poirytowany (a wiadomo Polak jak głodny to zły) oczekiwaniem kolega poszedł przy barze zamówić Tmavego Sarisa. Też chwilę trwało zanim dostarczyli. Na całe szczęście wraz z piwem pojawiło się menu. Zamawiamy zupę dnia (jakaś zeleninova) oraz karkóweczkę. Nie ma karkóweczki, kelnerka proponuje policzki (chyba) z puree selerowym. Zupkę dostaliśmy niemalże od razu. Kiedy na stole pojawiło się danie główne obaj z Jackiem zauważyliśmy niemalże równocześnie, że po drodze chyba zahaczymy o bistro. Na szczęście mimo swych niewielkich rozmiarów potrawa była sycąca. „Elektriczka” na nas „zaczekała”. W Popradzie standard. Knajpeczka na dole. Szybko. I jesteśmy znowu w apartamentach. Koleżankę zaczyna rozbierać… jakieś przeziębienie. Dzielimy się wszystkim czym mamy – choć teraz nie jestem czy kolega podzielił się kapsułką na prostatę czy nie. Ważne, że pomogło. Rano śniadanko o wczesnej porze i wyprowadzka. Musimy zdążyć na pierwszy kurs na Hrebeniok. Naszym celem na dziś jest Sławkowski Szczyt. Wyruszamy zatem z Hrebenioka. Od razu w ślad za innymi turystami mającymi ten sam plan pchamy się w górę nie istniejącego stoku narciarskiego. Jest to najkrótsza droga na Sławkowską Kazalnice (Vyhliadka 1531m npm). Gdzieś w połowie podejścia już wiem, że zostawienie kijów trekkingowych w bagażniku to nie był dobry wybór. Moje już dobrze zużyte Scarpy nie trzymają podłoża tak jakbym sobie tego życzył. No ale dobra „doczołgałem” się do punktu widokowego i postanowiłem założyć „żelastwo”. Jest jakby lepiej, ale generalnie formy nie ma. Niemniej jednak pcham te swoje pośladki mozolnie do góry. Dochodzimy prawie pod grań i trawersujemy ją z południowej strony. Raz śnieg jest, raz go nie ma. Konsekwentnie nie odpinam raków. Poddaje się dopiero – widząc przed oczyma skałki pozbawione całkowicie śniegu – na wysokości szczytu Nos (2273m npm). Zresztą już na Przełęczy Królewskiej (słowackie Sedlo pod Nosem) z powrotem je zakładam. Szczyt osiągam w czasie o jakim śpiewał dawno temu zespół „Shak’n Dudi”. Różnica polega na tym, że na wierzchołku nie ma kolejki. Focimy i schodzimy. Tym razem wszyscy w rakach. Za Przełęczą Królewską Jacek i Bożena ściągają żelastwo. Ja konsekwentnie nie widzę takiej opcji. Tym razem naprawdę idziemy szlakiem – nie jakimś trawersem. Na chwile szlak wyprowadza półką po prawej (północnej) stronie grani. Po powrocie na „właściwą stronę” Bożena ubiera raki. Mozolnie się schodzi tym stromym stokiem. I do tego ten pieprzony upał (drugi dzień z rzędu inwersja). Jesteśmy z powrotem na Vyhliadce. Jacek ogłasza, że „choć by ten na tym to” to on stokiem nie schodzi. Nawet nikt nie próbuje polemizować. Raki ściągamy dopiero na Hrebenioku. Oczekując w kolejce na wagonik konsumujemy pierwsze 0,5l kofoli, w bistro przy obiedzie pochłoniemy jeszcze dwie takie dawki. Wracamy. Plan zrealizowany.

 

bottom corner