2017.03.31-04.01

31 marca 2017 roku na przystanku dla „szybkich numerków” obok dworca autobusowego w Krakowie czekamy z Jolką na Bożenę rozkoszując się zawistnymi spojrzeniami, tych którym nie było dane. Kilkanaście minut po godz. 14ej wsiadamy do „bożenkowego suva” i posuwamy się dalej. Czas do miejsca docelowego upływa nam na dyskusjach o jedzeniu i pożądanych bądź nie zachowaniach w alkowie. Nie ma wśród nas żadnego psychologa (z wykształcenia) toteż dyskusja nie przeradza się w szeroko rozumianą analizę pojęcia „głód”. Ot po prostu trwa. Około 16:30 jesteśmy „U Cześka”. Dziewczyny mają, ja nie. Ale to jest akurat żaden problem bo naprzeciwko naszej agroturystyki jest sklep który zaspokaja te potrzeby. Jest wcześnie. Pada propozycja co by to zaliczyć plażę, ruiny a wcześniej coś wrzucić na ząb w pobliskiej restauracji. Wychodzimy i od razu wpadamy do sklepu. Koleżanki doszły do wniosku, że może być mało. Miało być a nie było. Cóż, na dole jest jeszcze jeden sklep więc… Póki co idziemy na kotleta. Niestety bryndza jak cholera. Wszystko pozamykane. Wzdłuż drogi Nr 969 schodzimy do dolnej części wioski. Tam spotkana lokalna niewiasta wskazuje nam drogę do sklepu. Ale pojawia się plan. Może by tak zamówić pizzę na dowóz pod remizę z pobliskiej restauracji w mjsc. Maniowy, która zdaniem „miejscowych” na pewno funkcjonuje. Dzwonimy i… automatyczna sekretarka informuje, że między 27 a 31 marca br. lokal jest zamknięty z powodu remontu. Nożeszsz, qrna ciśnie się na usta to i owo. Na szczęście w pobliskim sklepie mają to czego „Pani chwalipięta” w „naszym” nie miała. Nabywamy więc to, także to co ja lubię oraz bułeczki, wiejską i musztardę o ile pamiętam z Kotlina. Tak uzbrojeni idziemy na biwaczek. Przysiadamy na ławeczce przy brzegu Zatoki Pustej zbiornika Czorsztyńskiego. Bierzemy do ust nabyte produkty. Po kolacji zmierzamy w kierunku ruin, które Bożenka chce koniecznie zdobyć. Minąwszy nieczynną Restauracje „Tawerna kapitańska” napotykamy czworonożnego sierściucha. Psiak wyraźnie zamierza nam towarzyszyć w dalszej drodze. Na przewyższeniu Bożena pokazuje swoje trenerskie umiejętności. W każdym bądź razie jednym trikiem wyperswadowała pieskowi dalszą wspólną podróż. Focimy co się da i ile się da. Już wiemy, że do zamku nie dojdziemy. Wracamy tak trochę „na około”. Wchodzimy na tzw. Wielkie Pole, schodzimy na dół pokonujemy wpław niewielką przeszkodę wodną i po przejściu wzniesienia o nazwie Pusta Góra „lądujemy” w Kluszkowcach koło kościoła pw. MB Częstochowskiej. Jest już ciemno kiedy przychodzimy do naszego pokoju. Tzw. „nocne Polaków”. Bożena dopadła Zenka, albo raczej Zenek dopadł Bożenkę. Zwał jak chciał. Jest w każdym razie „gibanie”. Rano śniadanie po uprzednim zaopatrzeniu się w produkty w sklepie naprzeciwko. Około 8:30 wyruszamy żóltym szlakiem na Lubań. Pokoje „U Cześka” są na samym końcu Kluszkowców toteż od razu wychodzimy na pola za wsią. Z chmur wyłaniają Tatry. Kurcze, widok zapiera dech. Ale nie ma czasu na delektowanie się. Pchamy się do góry. W sumie wysokość łapie się dość fajnie. Takimi skokami. Każdorazowo po pokonaniu podejścia następuje wypłaszczenie co umożliwia spokojną regulacje oddechu. Dochodzimy do Głównego Beskidzkiego na wysokości Jaworzyn Ochotnickich. 40 minut później jesteśmy na szczycie Lubania. Koło papieskiego krzyża robimy popas. Kanapeczki. Węglowodany. Aminokwasy rozgałęzione BCAA. Batony proteinowe. I wszystko to w tych pięknych okolicznościach przyrody mając przed oczami na horyzoncie majestatyczne Tatry. Wchodzimy na wieże widokową. Nie byłem zwolennikiem jej stawiania w tym miejscu ale skoro jest to można ją wykorzystać i sięgnąć wzrokiem dalej. Trzeba przyznać że – mimo mojej niechęci o której powyżej – wykonano kawał dobrej roboty. Widok 360 jest powalający. Dodatkowo ustawione tablice informacyjne pomagają w orientacji widocznych szczytów. Na górze zrodził się pomysł na wykorzystanie sobotniego popołudnia. Schodzimy ze szczytu. Na polanie szczytowej, na której w wakacje stoi baza namiotowa SKPB Kraków Przebiśniegi. Zachodnia część polany wręcz tonie w białych kwiatach. Sesja zdjęciowa. Takiej okazji przepuścić nie można. Schodzimy w kierunku Krościenka nad Dunajcem czerwonym szlakiem turystycznym. Jest słonecznie. Cieplutko. 20 stopni Celsjusza. „Bajera”. Przejrzystość powietrza się jednak zmienia i te towarzyszące nam cały czas Tatry nie są już tak wyostrzone. Zaczynamy rozmawiać o jedzeniu. Mamy ochotę na coś dobrego. Ustalamy, że w Krościenku nad Dunajcem jak nie będzie szybko transportu to idziemy do knajpki. W Krościenku z rozkładu jazdy wynika, że o 14:05 mamy kurs na Nowy Targ. Mamy zatem 15 minut do odjazdu. Mam ochotę na coca-colę co bez zbędnej zwłoki uskuteczniam. Jak to już nieraz bywało kurs się nie podstawił. Cholera nawet nie ma kogo „zje(...)”ć e-mailowo bo nie wiadomo kto te kursy obsługuje. Są taksówki. Za 35zł podwiozą nas na rondo w Kluszkowcach. Korzystamy. Z taksometru wyszło 41,50zł ale umowa to umowa i gość zainkasował tyle na ile się umówiliśmy. Szybko dochodzimy do pozostawionego pojazdu i zmierzamy na obiad do Restauracji „U Walusia”. Nasyciwszy się obraliśmy kurs na platformę widokową w formie ślimaka nad Barcicami. Samochód pozostawiamy na parkingu w mjsc. Wola Krogulecka. W kilka minut jesteśmy przy ślimaku. Hm, jest nawet miejsce na grilla. I huśtawka!. Korzystamy. „Jak dzieci, jak dzieci”. „Na dziko” przedzieramy się do niebieskiego szlaku. Przed nami ostatni cel naszej Prima Aprilis’owej wycieczki: przełom Życzanowskiego potoku a w zasadzie „Most nad Głębokim Jarem”. W pół godziny jesteśmy na miejscu. Mamy mało wody i chyba jesteśmy troszkę odwodnieni. Do samochodu wracamy trochę inną trasą, zakładając po drodze ze dwa „obozy szturmowe”. Na stacji benzynowej Orlen w Starym Sączu uzupełniamy płyny a Joleczka – co robi się już tradycją – zakupuje okulary przeciwsłoneczne. Przed 20tą jestem w domu. Trzeba będzie to kiedyś powtórzyć. Było warto.

 

bottom corner