2017.05.20-21

20.05.2017 roku o godz. 6:35 wpadam na peron trzeci tarnowskiego dworca kolejowego. Czekam na przyjaciół nadjeżdżających z zachodu aby z nimi dalej udać się w Beskid Sądecki z noclegiem w Pieninach, w Szczawnicy. Z dwoma panami, z trójki osób na które czekam rozstałem się dzień wcześniej ok. godz. 22. W pewnym momencie mój wzrok na drugim peronie wyłapuje Johna Portera. Tak, tego gościa, którego wczoraj z takim zainteresowaniem słuchaliśmy w Mościckim Centrum Kultury podczas promocji jego książki „Przeżyć dzień jak tygrys”, i którego autograf uzyskaliśmy na naszych egzemplarzach. Pociąg z Krakowa wjeżdża. Koleżeństwo wysiada bo muszą się przesiąść do podstawionego w Tarnowie pociągu do Krynicy Zdroju. W pociągu okazuje się, że bracia mieli baaaardzo krótką noc. Pałaszujemy przygotowane przez Mecenasa kanapki i przepijamy jasnym z zielonej butelki. Ponieważ jest to pociąg przyspieszony to podróż do Nowego Sącza przebiega dość sprawnie. „Nju” to jedno z tych dziwnych miast gdzie dworce: autobusowy i kolejowy znajdują się w dwóch różnych punktach miasta. Po drodze zakupujemy w markecie produkty na drogę. Na dworcu autobusowym idę zorientować się w rozkładzie jazdy. Jest o 9:05 autobus relacji Nowy Sącz – Zakopane, który nam „pasi”. Nabywam bilety na kurs do Łącka. W tym czasie bracia wynegocjowali taxi do Łącka za 50,00zł. Muszą zatem odmówić. W autobusie konsumpcja. Wysiadamy w mjsc. Łącko. W pierwszej kolejności mamy to by przed wyjściem skonsumować jakieś flaczki, żurek i… Zaraz naprzeciwko przystanku autobusowego jest restauracja ale mają przyjęcie weselne i nic – mimo, że czas do rozpoczęcia imprezy jest odległy – nam nie zapodadzą. Trudno. Przemieszczamy się do centrum. Jest tam Oberża (Karczma u Klagów), w której zasiadamy. Zamawiamy kwaśnicę i gulasz wieprzowy oraz po browczyku. Bożence napełniamy kubek termiczny, czyli przenosimy ciężar ładunku z pleców na nadgarstki. Następuje ceremonia wręczenia Bożenie przywiezionej specjalnie dla niej – wg informacji Mecenasa – z Nepalu tuniki. Podobno się nie zmieści, ale jak przyszło co do czego to wyglądała „perfecto”. Bez specjalnego entuzjazmu, ba - wręcz z pewną „dozą złości” koleżanka reagowała jednak na pozostałe propozycje wykorzystania tuniki jakie braciom podpowiadała wyobraźnia. Konsumujemy a w tak zwanym międzyczasie powtarzamy browczyki i robimy dolewkę do kubeczka. Cały czas – o czym zapomniałem dodać na początku – rozmowa schodzi na zagadnienia trekkingu na Kilimandżaro. Zbliża się godzina 11-ta. Czas iść w drogę a tu Adam i Jacek euforii w tym zakresie nie okazują. Zadaję proste pytanie. Idziemy? Bożena jest gotowa. Adaś stwierdza: „do zobaczenia na deptaku”, na co Jacek reaguje śmiechem. No cóż, to idziemy we dwoje. Zastanawiamy się czy będą nas gonić, czy też zrealizują swój program związany z powitaniem na deptaku w Szczawnicy. Obstawiam nawet, że podjadą do Tylmanowej i będą czekać na wieży widokowej na Koziarzu. Póki co za znakami żółtymi kierujemy się na południe. Telefon do Jolki uzmysławia nam jakie zaległości czasowe mamy (koleżanka z dziećmi jest 40 minut przed schroniskiem na Przechybie). Przeprawa promowa na Dunajcu i już lądujemy po drugiej stronie rzeki. Zaraz początku szlaku spotykamy dziewczyny poprawiające oznaczenia na szlaku. Żartujemy pytając czy skoro dopiero zaczynają go znakować to czy my poradzimy sobie tam wyżej z orientacją. Okazuje się, że Panie kończą znakowanie. Nie oznacza to bynajmniej, że na tym początkowym odcinku szlaku żeśmy go nie pogubili. Pomogła aplikacja „Locus Map”. Podchodząc na Bukowinę męczymy się okrutnie. Bożena kieruje pod moim adresem zdanie, z którego wynika że jak następnym razem będzie chciała powtórzyć analogiczną akcję w sklepie to cytuję: „daj mi w łeb”. Szczerze? Taka se propozycja. Ale dobrze, troszeczkę się wypłaszczyło i łapiemy drugi oddech. Co nie oznacza bynajmniej, że przeszło. Schodząc z Cebulówki wchodzimy na asfalt i dalej tą utwardzoną drogą podchodzimy prawie pod Okrąglicę Północną (767m npm), którą trawersujemy z prawej strony. Okrąglica Południowa (785m npm). Chwilowo się obniżamy, tylko po to by znów rozpocząć podejście. Tym razem na Wojakówkę (834m npm). Cholera trochę się ta droga dłuży. Gdzie jest ta j(...)a wieża widokowa? Pochłaniamy ogromne ilości wody i zapasy zaczynają się kurczyć. W końcu jest. Uff. Kolegów oczywiście nie ma. Wchodzimy na górę. Bożena pyta czy ta wieża jest wyższa niż na Lubaniu. Odpowiadam, że chyba nie. Dobrze, że nie chciała się zakładać. Po krótkim pobycie i foczeniu stron świata oddalamy się w kierunku Dzwonkówki. Przyjemny trawers z pięknymi widokami pokonywany w słoneczku. Idzie się przyjemnie. Dochodzimy do przysiółka Złotne. Tam w ogrodzie staruszka nabiera wody ze studni – ale tak po nowoczesnemu odkręcając kurek kranu. Pozwala nam nabrać wody do pustych naszych butelek. Rozpoczynamy mozolne podejście na Dzwonkówkę połączone z konsumpcją dopiero co napełnionych „bidonów”. Dzwonkówka to takie dziwne miejsce. Nie ma oznaczenia szczytu. Ot jakiś usypany z kamieni kopczyk. Bożena stwierdza, że chyba jesteśmy na szczycie (jest pewna, że ostatnio jak tu była to na drzewie była karteczka). Zatem żeby nam coś nie umknęło z relacji foto, robimy zdjęcie na szczycie. Miała racje. Łączymy się na chwilę ze szlakiem czerwonym gdzie na pierwszej krzyżówce jest informacja że do Szczawnicy mamy 1:45h, na drugim 200-300 metrów dalej 2:15h. Schodząc w kierunku Bereśnika wykonuję telefon do przyjaciela. Brak reakcji. Wspólnie dochodzimy do wniosku, że to dobry znak. Koledzy są już na kwaterze i po prostu śpią. Z oddali dochodzą odgłosy burzy. Gdzieś tam, nad pasmem Radziejowej i Przechybą widać granatowe chmury. Dochodzimy do Schroniska PTTK pod Bereśnikiem. Przerwa na kawusię i znakomitą szarlotkę. Dzwonię do Jacka. Odbiera Adam. Informuję kolegę, że jesteśmy już u „zbereźników” i że za chwilę idziemy do Szczawnicy. Przekonany o tym, że są już na miejscu pytam czy oni już jedli obiad czy też pójdziemy gdzieś razem. Otrzymuję dość dziwną odpowiedź: „dobra, to my sobie zjemy tu po kanapeczce, za 40 minut mamy autobus więc za jakąś godzinę spotkamy się”. Qrna. Zadaję pytanie dodatkowe czy to oznacza, że jeszcze są Łącku i upewniam się, że to jednak prawda. Nie mogę powiedzieć, że nas to z Bożeną nie ubawiło. Mamy sporo czasu to spokojnie, bez pośpiechu schodzimy do Szczawnicy. Plac Deatla. Urokliwe miejsce a tam pijalnia wód mineralnych. Wstępujemy. Nabywamy coś na żołądek. Wg mojej opinii otrzymaliśmy Jana i Magdalenkę, wg Bożeny zamiast Magdalenki dostaliśmy Helenkę. Patrząc na miny jakie struga Bożena wnoszę – abstrahując od tego która to – ale kobieta jej wyraźnie nie leży. Dzwonią koledzy. Okazuje się, że złapali jakiś wcześniejszy kurs. Idą w naszym kierunku. Za chwilę w oddali ich zobaczyliśmy. Nie ma co ukrywać, że w rozpoznaniu pomogła nam czerwona reklamówka z Biedronki, którą od samego początku nosił Adaś. Nasze drogi zeszły się naprzeciwko pijalni piw regionalnych. Przypadek? Nie sądzę! Zasiedliśmy. Bożena źle zniosła zdrowotny napój ale po krótkiej chwili Martini przywróciło właściwe proporcje w krwiobiegu. My pozostaliśmy wierni tradycji naszych spotkań. Posiedzieliśmy tam dłuższą chwilę. Słowo klucz – które tak mi się wydaje – oddaje myśl przewodnią tego posiedzenia to „target”. Bracia obdarowują tymże wszystkich, począwszy od klaczy Kaśki i jej woźnicy, poprzez grupę młodziutkich sióstr zakonnych, dwie przytłuszczone romki, na mięśniaku w różowej koszulce kończąc. Zbliża się po pierwsze zmrok, po drugie coś by się jednak zjadło. No i trzeba by znaleźć nocleg. Chociaż z tym ostatnim nie powinno być zdaniem Adama problemu bo on zna taką metę w której zawsze są wolne miejsca. Idziemy tam zatem. Mijamy Willę Jakubówkę gdzie podają placki ziemniaczane na 13 sposobów. Adaś mówi, że jak na miejscu nie będzie nic poza pizzą to tu wrócimy, bo to tylko 100-200 metrów. Idziemy więc dalej. 100, 200, 300, pół kilometra dalej „nóżka do nóżki i do przodu”. W końcu jesteśmy na miejscu. Tyle że wolnych miejsc tam gdzie wg kolegi nawet w sezonie itd. można w ciemno, nie ma. Ale szefowa coś załatwi w okolicy. Póki co zamawiamy pizzę i coś do. Czekając na chłoniemy z otwartymi ustami opowieści kolegów o skałkowych wyczynach. Po posiłku udajemy się trzy domy dalej gdzie mamy nocleg. Zapadamy w sen. Rano 21.05.2017 roku wstaliśmy ok. 6-6:30. Koledzy marudzą. Adam nigdzie dzisiaj nie idzie, Jacek zaś najchętniej opuściłby lokal możliwie najpóźniej. Przyjmuje jednak argumentacje, że nawet przez Przechybę trasa zajmie nam ponad 4h, a przecież nie wiadomo ile czasu pochłonie śniadanie w schronisku na które idziemy (bo o poranku zjadłem tylko kanapkę przygotowaną dzień wcześniej przez Bożenę). Wychodzimy o 7:30. Kolega marudzi, że jest taki słaby. Generalnie się nakręca. Twierdzi, że dość na miesiąc – ale w miarę dyskusji wychodzi na to, że to raczej będzie zmiana repertuaru. Pogoda diametralnie inna niż w sobotę. W pewnym miejscu Bożena informuje, że jesteśmy tak ustawieni na trasie, że powinna wyjść „sweetfocia” obejmująca całą naszą trójkę. Załapaliśmy się ja (dzierżący w dłoni smartfona), Bożena (która się na moment zatrzymała) oraz prawe ramię Jacka (który ma w dupie fotki, facebooka i całą tą resztę). Im wyżej tym bardziej wchodzimy w chmury. Bliżej szczytu spotykamy turystów schodzących „w dół”. Jesteśmy pod schroniskiem ok. 9:40. Focimy i wchodzimy. Wreszcie śniadanko. Żurek i jajecznica na kiełbasie. Po zimnym jasnym puszcza kolegę. Wielka radość w „domu gucia” dla pozostałych. Rzut oka na mapę i na wskazówki zegara powoduje, że idziemy przez Radziejową. Na wieżę widokową. Tempo mamy dobre. Nawet nie zauważyliśmy kiedy wchodzimy na Radziejową. Jacek dołącza 3-4 minuty później. Wchodzimy na wieżę widokową mimo całkowitego pokrycia szczytu chmurami. Jacek nie wchodzi. Po zejściu zagajam przyjaciela, że mam ciekawego "plana" na pozostałą trasę. Nie zdążywszy przybliżyć szczegółow usłyszałem bajkę o wężu. Schodzimy na przełęcz Żłobki (oddzielającą Radziejową od Wielkiego Rogacza). Na zejściu żółtym szlakiem dzielimy się z Bożenką naszymi doświadczeniami z zimowej turystyki narciarskiej. Sami się z tego śmiejemy. Trasa ciągnie się niemiłosiernie. Ot, trzeba ją zrobić. Bo niestety nikt nas stamtąd nie podwiezie. Idziemy zatem dalej, byle dotrzeć do naszego ulubionego miejsca w Rytrze tj. Zajazdu PTTK pod Roztoką. Tam misa mix 30 pierogów na 3 osoby plus to co zazwyczaj do (jeśli chodzi o facetów). Pierogi we wspólnej ocenie znakomite. Jednak się zakładam z Bożenką o tą „Magdalenkę” lub „Helenkę”. Idziemy na pociąg. Ma być o 15:49. Parę minut przed przyjazdem przez megafony idzie informacja z PKP – mało zrozumiała – z której usłyszeliśmy, że jest komunikacja zastępcza do Nowego Sącza. No więc biegusiem przemieszczamy się na pobliski przystanek autobusowy, by zaraz potem widząc wjeżdżający na stacje pociąg z powrotem biegusiem pobiec do niego. My wysiadamy w Tarnowie, a Bożena zmierza do Brzeska. W poniedziałek 22.05.2017 roku kiedy zaczynałem pisać relację z wycieczki już wiedziałem, że mój zakład o nazwę „kobiecej wody” przegrałem. Podjąłem zatem działania by z tego honorowego zobowiązania jak najszybciej się wywiązać. I stało się to w dniu, w którym do pokoju Bożeny wszedł mały, gruby i w dodatku łysy koleś i zapytał: "która z Pań to...". Żadna nie chciała się przyznać. Mariusz załapał, że coś jest qrna nie teges więc uzupełnił próbując łągodzić napiętą atmosferę, że on tu tylko przyszedł doręczyć przesyłkę od współnego znajomego nizinnego górala z Tarnowa. Dziewczyny jednak dalej wytrzeszczały gały... że niby co? Po kilkunastu sekundach wreszczie dotarło. W pokoju rozległo się westchnienie ulgi... aaaa.




bottom corner