2017.04.30-05.01

30 kwietnia 2017 roku przed godziną 8-ą rano spakowany tak jakbym wyjeżdżał przynajmniej do Sharm el Sheikh na tydzień czekam obok punktu sprzedaży pieczywa (i produktów podobnych) na zapowiedziany transport. Podjeżdżają dziewczyny. Na siłę dopakowuję bagażnik „bożenkowego suva”. Obieramy kierunek na Gorlice. Pada pytanie co mamy w planach na dziś. Nie przewidziawszy reakcji kierowcy prostolinijnie odpowiadam, że zrobimy sobie taką pętelkę przez Baranie z poziomu Schroniska „Hajstra” po czym na wieczór zjedziemy na nocleg do zajazdu w mjsc. Dukla. Zagajenie prowadzącej „Jolka on to chyba robi specjalnie” odbieram jako „popatrz jaki pieprzony egoistyczny samiec” (ale żeby nie było to poza „pieprzonym” resztę jestem w stanie zaakceptować… a co!). Przywrócony do rzeczywistości zaczynam na nowo dostrzegać potrzeby innych ludzi. Proponuję zatem rozpoczęcie eskapady od zwiedzenia dwóch miejsc martyrologii z okresu I wojny Światowej – które po drodze do Dukli mamy tj. cmentarza wojennego Nr 123 w Łużnej (a właściwe na wzgórzu Pustki) oraz cmentarza wojennego Nr 11 w Woli Cieklińskiej. Ten pierwszy jest ogromny, zwieńczony na szczycie odbudowaną po pożarze drewnianą Gontyną (kaplicą) projektu Dusana Jurkovića. Nie wiem czy to pobyt w tym miejscu tak wpłynął na moją wylewność ale poczułem nagłą potrzebę wyznania koleżankom tego w jaki sposób zdiagnozowałem u siebie raka jelita grubego. W Gorlicach kawa na Orlenie i zakupy na trasę w tej drugiej portugalskiej „sieciówce”. W Woli Cieklińskiej zaczyna padać. Zjeżdżamy z drogi asfaltowej w drogę gruntową gdzie napotykamy koleiny. No ale jak się zainwestowało w „suva” to tak łatwo poddać się nie można. Dojeżdżamy mniej więcej  do połowy odległości i definitywnie podejmujemy decyzję o pozostawieniu w tym miejscu pojazdu. Obstawiam pozostawienie go dokładnie na drodze argumentując: „przecież przy tej pogodzie tu teraz poza nami i tak nikt nie przyjedzie”. Bożena jednak parkuje na łące obok. Resztę drogi pokonujemy na piechotę. Cmentarz jest niewielki zbudowany na planie dwóch okręgów. Kiedy jesteśmy koło kamiennej rotundy na której wyryto napis „Wyruszyliśmy na bój a znaleźliśmy pokój” słyszymy warkot nadjeżdżającego pojazdu. Taaa… przy tej pogodzie tu i teraz rzeczywiście nikt tu nie jeździ. Po wyjściu z tego cmentarza nie czułem nagłej potrzeby dalszego wyzewnętrzniania się (bo ja wiem… hm, może dlatego, że taki malutki i tak nie przytłacza jak poprzedni). Do Dukli dojeżdżamy bez żadnych dodatkowych sensacji. Parkujemy na parkingu Zajazdu „Galicja”. Idę przeprowadzić rozpoznanie walką na miejscu co w pierwotnym założeniu miało się sprowadzić do uzgodnienia tego czy możemy tu już teraz – skoro tu i tak nocujemy – pozostawić pojazd przed wyjściem w góry. Tyle tylko, że wzrok mi się wyostrzył i przyuważyłem między innymi „Piękną nieznajomą”. Nie zastawiając się zatem zbyt długo postanawiam skorzystać z okazji. Niestety była jeszcze ciepła. Decyduję się zatem na „Tajemniczego jeźdźca” (którego poprawię niebawem „Małą Czarną”) a dla koleżanek zamawiam mieszankę szlachetnego włoskiego wytrawnego wina,  rafinady, aromatycznych ziół z nutką wanilii. I tak zastała nas godzina 11:30. Wychodzimy. Dziewczyny dzierżą w dłoniach termosy a w nich żadna tam uzdrowiskowa woda, ot „kapeńka” szlachetnego włoskiego wytrawnego wina,  rafinady, aromatycznych ziół z nutką wanilii. Idziemy szlakiem żółtym w kierunku wzgórza Chyrowa trawersując wymieniony z prawej strony. Początkowo jest pochmurnie ale nie pada co nie oznacza że im wyżej tym nie uwalamy się błocie. Zaczyna padać i deszcz ten staje się z czasem coraz bardziej intensywny. Mijamy stare rozwalone chałupy i koło jednej z takich odnajdujemy kamień z zatartym już przez czas napisem dającym świadectwo głębokiego uczucia jakim twórca darzył – być może pośmiertnie – obiekt swoich westchnień. Zważywszy na upływ czasu można śmiało założyć iż uczucie to znacznie odbiegało od promowanych dzisiaj nachalnie wzorców „europejskich wartości”. Dochodzimy do szlaku czerwonego i za jego znakami zmierzamy w kierunku grzbietu Kamiennej Góry. I znowu nie wiadomo skąd – być może sprzyjała temu opisana wyżej inskrypcja na kamieniu – ale przyszło nam prowadzić dyskusję o relacjach a w zasadzie różnicach w początkowym podejściu do zawarcia znajomości. Jako „egoistyczny samiec” mocno obstawiałem przy wizualnym elementach zjawiska, koleżanki natomiast swoją argumentację opierały na tzw. „przymiotach” wnętrzna człowieka. W sumie nie doszliśmy do consensusu. Myślę, że u podstaw jego braku stało różne zaopatrzenie organizmu w płyny bowiem nie od dzisiaj wiadomo, ze odwodnienie nie sprzyja jasności umysłu. Ale dość tego. Kiedy zrobiliśmy sobie postój na serniczka spotykamy się z dwoma turystami obok których przemieszcza się jakiś pies. Pytamy czy to ich i kiedy odpowiadają że nie, że idzie za nimi od dołu i teraz pewnie (są pewni) pójdzie z powrotem w dół – już miałem odpowiedzieć, że to jest raczej nierealne ale kątem oka zauważyłem jak Bożena częstuje serniczkiem „brata mniejszego’. Nożeszsz, qrna, no to Houston mamy problem. No i był. Zeszliśmy razem z nią (bo to suka była) do Pustelni św. Jana z Dukli. Cudowne źródełko i cudowne ozdrowienie. Ta głupia suka zeszła z nami do drogi głównej na której o mały włos nie rozjechały jej rozpędzone tiry i osobówki (jedna z osobówek poszła w taki pisk opon że instynktownie obejrzałem się czy aby to nie Chińczyk ratuje kotleta). Zauważalne były różne techniki odganiania psa: perswazja słowna (Bożena), oraz dwie fizyczne: „macham kijkami i rzucam kamieniem ale tak żeby jej nie trafić” (Joleczka) oraz „macham kijkami i rzucam kamieniem ale tak żeby ją trafić” (ja). Wszystkie zajebiście skuteczne. Suka tak się plątała mniej więcej do mjsc. Lipowica. Została na górce a my odetchnęliśmy z ulgą. W pewnym momencie podjeżdża gość i pyta o tego psiaka. Troska aż biła na zewnątrz. Umordowani zeszliśmy na obiad do zajazdu i zaraz potem oddaliliśmy się do pokoju. O 21-ej zalegliśmy jak kłody… choć po prawdzie trzeba przyznać, że byli pośród nas tacy co podsłuchiwali sąsiadów. Rano, w dzień św. Józefa robotnika śniadanko z karty, ku rozpaczy pani która przyszła sobie posiedzieć a ci wredni wczasowicze wymyślają jakby nie mogli zamówić po podwójnej jajecznicy. Kawa jest do dupy… lojalnie uprzedziła Joleczka. Zatem na kawę udajemy się na przejście graniczne na przełęczy Dukielskiej. Potem przejechaliśmy doliną rzeki Mszanki i po niedługim czasie wylądowaliśmy w mjsc. Olchowiec. Samochód zaparkowaliśmy niedaleko cerkwi pw. Przeniesienia relikwi św. Mikołaja (z 1934r.). Nasz zachwyt wzbudził kamienny most prowadzący  na cerkwisko. Z Olchowa prowadzi najkrótszy i zarazem najłagodniejszy szlak na Baranie (754m npm). Przez znaczną część poprowadzony jest doliną potoku Olchowczyk i tak naprawdę na samym końcu jest takie jedno zasadnicze podejście. Pogoda diametralnie inna. Okno pogodowe jak tralala. W słoneczku powolutku pokonujemy trasę, raz po raz przekraczając wpław potoczek. Co i rusz kaczeńce – a wiadomo że to ulubione kwiaty Joli. Jako zadeklarowany zwolennik ochrony przyrody (na ten czas) odmawiam zbierania kwiatów ale oczywiście dość obficie je foczę, żeby koleżanka miała pamiątkowe zdjęcia z wycieczki. Na szczycie jesteśmy w około 1,5h. Na szczycie jest słowacka wieża widokowa. Wchodzimy do takiego poziomu do jakiego każdy z nas sobie założył. Powrót ta samą drogą (no prawie – bo ja postanowiłem sobie w pewnym miejscu skrócić) do samochodu. Obiad w „Zajeździe pod Małym Laskiem”. Finansowe rozliczenia w drodze powrotnej o mały włos (a byłem gotowy zaryzykować i przyjąć) nie skończyły się akceptacją przeze mnie karty kredytowej. Przed 6-tą wieczorem wysiadam koło „mrówkowca”.

 

bottom corner