2018.03.10

Ornak. Jeszcze w czwartek 8 marca 2018r przed południem miał być trening po pogórzu przed EDK. Ale wieczorową porą stało się jasne, że jeżeli prognozy nie będą zapowiadały totalnej „kiszki” to wybierzemy się raczej w Tatry. Chyba wszyscy mamy już dość siedzenia i pasowałoby nam sprawdzić jak tam z kondycją, czy odnowią się „stare rany” itp. itd. Wieczorem w piątek wiem, że pobudka będzie wczesna. Jacek podjedzie ok. godz. 4. Qrna, zatem ustawiam budzik na 3:15. Nijak nie mogę wcześniej zasnąć. Udaje się dopiero przed północą. 10 marca, o godz. 3:55 wyruszamy w kierunku Krakowa (Adaś to ma dobrze… oznajmił, że on budzik ustawia na 4:45 i żeby mu dupy nie zawracać wcześniej). I rzeczywiście kiedy wykręcam do kolegi ok. godz. 4:50 słyszę w słuchawce zaspany głos: „dobra”. Za chwilę pojawia się na parkingu. W Kirach na parkingu jesteśmy o 6:30. Jest też już czujny parkingowy. Zbieramy się i wchodzimy w pustą o tej porze Dolinę Kościeliską. Mniej czujny jest TPN. Budka z biletami jest zamknięta (co ciekawsze jak wracaliśmy budka też była zamknięta… boszszsz). No to niech się… Jest ciepło, nawet bardzo. Nad nami zachmurzone niebo ale tak miało być. Ma też coś między 8 a 9 popadać więc nie wpadamy w panikę. Stopniowo wchodzimy w głąb doliny. Po lewej i po prawej widzimy powalone drzewa. Przy trasie raz po raz informacja o ścince i zwózce drewna i… żadnego ekologa-idioty przykutego do drzewa. Jest za wcześnie? Za zimno? W okolicy Polany Pisanej zaczyna mżyć. W miejscu gdzie odchodzi zielony szlak na przełęcz pod Chudą Turnią (przed Schengen można było kombinacyjnie podejść także na Tomanową Przełęcz) spotykamy nie mówiącego po naszemu. Pyta czy szlak jest otwarty. Niestety, nie jesteśmy posłańcami dobrej nowiny. W chwil parę wchodzimy do schroniska na Hali Ornak. Jest 8:02. Na sali pustawo. Lud górski dopiero się budzi do życia. Śniadanko. Standardowa jajeczniczka, kanapki własne i podwójna herbata. Za oknem się rozlało. Czyli zgodnie z prognozą. O 9:00 leje dalej i nie wygląda by szybko miało przestać. Kwadrans później złamaliśmy się. Bo w końcu jak nie teraz to kiedy. Zamawiamy po browarku. Niestety na legitymacje Alpenverein nie ma zniżek na piwo. Łyk, za łykiem a na zewnątrz - tam wyżej zaczyna się przejaśniać. Trochę później niż w prognozie ale nie jesteśmy tacy drobiazgowi. Wychodzimy parę minut po godzinie 10ej. Na wstępie pewnym jest, że wchodzimy na Ornak i wracamy, dalej nie będzie czasu. W końcu to tylko jednodniówka. Przed nami w tym samym kierunku podąża trójka młodych ludzi. Przy kolejnych brejkach mijamy się wzajemnie. W pewnym momencie na śniegu leży termos. Różowy termos! Nie możemy sobie odmówić przy kolejnej mijance zapytania jednego z chłopaków czy przypadkiem nie wypadł mu z kieszonki termosik. Reakcja kolegi daje powody do dumy. Mamy bowiem do czynienia z kolejnym białym, heteroseksualnym rasistą. Na plecaku biało-czerwona naszywka. Wow… znaczy się, że w terminologi nowoczesnej „jewropy” na bank także faszysta. Iwaniacka Przełęcz. Herbatka, batonik. Dochodzą nowi, przyszli zdobywcy Ornaka. Krótka wymiana zdań. Część turystów ubiera raki, raczki, część nie. My na razie nie, bo idzie się dobrze a podeszwa mimo śnieżnej brei trzyma podłoże. Kiedy zaczyna się „ścianka” (bo zimą kiedy kosówka jest zasypana nie kluczy się między kłączami tylko daje się na skuśkę pionowo do góry) zapinamy jednak raki. Czyni to także dziewczyna idąca za nami twierdząc, że ma jakieś stare. Kiedy zapewniamy ją, że jeżeli tylko nie są one wytworem pracy pewnego kowala z okolic Kielc to dadzą radę, ożywia się kolega, towarzysz koleżanki zadając pytanie: to Panowie pamiętają czasy „Kazika mordercy”? Ja to miałem kontakt raczej krótki bo przez bardzo krótki czas byłem szczęśliwym posiadaczem raków tejże produkcji, które gdzieś w Bieszczadach dawno, dawno temu na Caryńskiej się wyprostowały. No ale chłopaki do teraz w rodzinnej piwnicy mają sporo sprzętu. Powoli, powoli wchodzimy na grzbiet. Gdzieś w połowie podejścia zaczyna wiać od strony Doliny Chochołowskiej. Zakładam kapuzę polara i wkładam rękawiczki. Podejście jest męczące. Na Suchym Wierchu Ornaczańskim o dziwo nie wieje. Grzbietem wchodzimy na szczyt. Przed szczytem nawisy śnieżne. Takie niegroźne, dobre do „foczenia”. Na szczycie „gramy żelastwem”. Odpinamy czekany. Robimy „poważne fotografie” i przypinamy je z powrotem do plecaków. Wykorzystujemy koleżeństwo do robienia wspólnej fotki i spylamy na dół. Brejk na Suchym Wierchu Ornaczańskim. Przed oczami Kominiarski Wierch, na który jeszcze w latach 80-tych ubiegłego wieku można było sobie wejść szlakiem. Schodzimy. Schodzi się tak se. Adam ma gorzej bo założył raki automatyczne i śnieg mu się pod „prowadnicą” gromadzi utrudniając schodzenie (w pewnym momencie nawet doprowadzając do niegrożnego upadku tyle śniegu się nagromadziło). Iwaniacka Przełęcz. Ściągamy żelastwo. Podchodzą jakieś trzy dziewczyny. Idą na Ornak. Do dyspozycji mają: jedne nigdy nie używane raki paskowe oraz parę kijków trekkingowych. Syto. Pomagamy założyć raki bo jakoś tam nie bardzo – choć miały papierową instrukcję – zakładanie wychodziło. Laski do góry, my na dół. Schronisko na Hali Ornak mijamy nie zaglądając do środka. Po drodze do Kir mija nas Wojtek Szatkowski, który na ostatnim festiwalu Górnolotni opowiadał o skiturach w polskich górach. Schodząc doliną do Kir dziękujemy Bogu za wybór akurat tej doliny a nie Chochołowskiej. Co za jebana, nie odśnieżona breja. Obiad u „Harnasia” i powrót do Tarnowa. W drodze powrotnej docierają do nas sygnały o tragediach jakie dotykają rodziny „nowoczesnych lemingów”. Odstawieni dwa lata temu od koryta „dobrze wykształceni z wielkich miast” – jak sami się określają - nie mogą się pogodzić z tym, że spora grupa osób podobnież jak i oni będzie miała wolną niedzielę. Na szczęście ta piękniejsza i dużo młodsza, również dobre wykształcona i również z wielkich miast podglądana na twiterze młodzież nie ustaje w staraniach by znaleźć zabezpieczenie przed śmiercią głodową dla „lewaczków,” których ten stan rzeczy jutro zaskoczy. Ilość i jakość przedstawianych pomysłów świadczy o dużym potencjale kreatywności, umiejętności logicznego kojarzenia faktów, braku zgody na konformizm a także o sporym dystansie do rzeczywistości. Słowem jest moc. W MSZ ok. godz. 21-ej.

bottom corner