2018.02.17

Pogórze Ciężkowickie. W sumie w sobotę 17 lutego 2018 roku miałem zamiar pojeździć trochę na szmacie. Plany jednak radykalne zmieniły się we wtorek kiedy to podczas sączenia, w zaprzyjaźnionym towarzystwie w ulubionej knajpeczce, lampki koniaku namierzyli mnie bracia z Krakowa. I nie chodzi tu bynajmniej o krakowskich mnichów udających się z pielgrzymką do miejsc świętych tylko o trójkę moich przyjaciół, którzy po kwerendach w tarnowskich kościelnych archiwach, postanowili namacalnie sprawdzić czy chory człowiek już funkcjonuje normalnie czy też dalej „zdziwia”. Cóż, prawda jest taka, że siedząc na barowym stołku obok dawno niewidzianej kumpeli robiłem wszystko by z dolegliwości jakie mnie dopadły uczynić niemalże religię. „Gadka szmatka” i wyszło na to by może w sobotnie przedpołudnie przewietrzyć delikatnie pośladki. Wstępnie padło na „marcinkę” bo to i resta można zrobić pod zamkiem. W piątkowy wieczór już chodziła trasa spod „grzyba” przez „marcinkę” do Tarnowa, która w stosunku do pierwotnie założonej trasy miała tą przewagę że resta można zrobić na początku trasy, w jej środku i na samym końcu już w hetmańskim grodzie. Tak więc w sobotę ok. godz. 10 (w okrojonym niestety składzie) wsiedliśmy do busa, który wysadził nas w Piotrkowicach „na górce”. 200m dalej jest wyszynk słynący z dobrej kuchni i niezbyt wyszukanego „napojowego listoka”. Właśnie tam skierowaliśmy nasze pierwsze kroki. A tu dupa. W sezonie zimowym qrna, czynne od godz. 11ej. Udało się wejść wcześniej. Zadeklarowaliśmy bowiem, że sprzątanie w sąsiedniej sali nie będzie nam przeszkadzać w konsumpcji. Zamawiamy: grzańca galicyjskiego (dla Pani pedagog), piwo lane (dla praktykującego i chyba jeszcze w dalszym ciągu starającego ufać, że Temida jest ślepa, prawnika) oraz herbatę z cytryną i lampkę wina Old Tibilisi (dla pewnego 50cio latka, któremu podczas odchodów półwiecza wy(...)ło ciśnienie). Dopiero teraz ustalamy ostateczny przebieg spaceru. Pleśna… ale tak od razu żółtym to za krótko jednak. Wybieramy kombinacje szlaków: żółtego, niebieskiego i czarnego. Zatem komu w drogę… Wychodzimy na drogę. Z naprzeciwka zbliża się taki z podkulonym ogonem. Są ostrzeżenia o wściekliźnie, więc się przyglądamy. Sierściuch bardziej przestraszony. Zaraz na początku niebieskiego jest taki fajny kawałek gdzie słońce przebija się przez las. Aż prosi się o wykonanie fajnej fotki. Aż prosi też o to by nagle wyparowały dwie objuczone, niczym konie na stepach Mongolii, torbami zakupowymi miejscowe kobiety. Mijamy panie i wychodzimy z lasu. Na etapie do mostu na rzece Biała nasze dyskusje oscylują wokół kwestii żywieniowych. Każdy ma coś do powiedzenia w tej materii. Wszak jesteśmy z narodu, który zna się na wszystkim najlepiej. W Łowczowie zachowujemy się trochę inaczej od przyjętego stereotypu. Zamiast przejść na wprost przez torowisko, grzecznie obchodzimy peron. Za stacją kolejową skręcamy w prawo. Naszym oczom ukazuje się boisko sportowe. Szacujemy, że na tej murawie weterani miejscowego LZSu pokonaliby każdą topową drużynę piłkarską. Powoli nabierając wysokości zastanawiamy się z Jackiem czy kiedykolwiek tędy szliśmy. Utrzymujemy, że nie. Jak fajnie, że tak blisko są jeszcze takie miejsca. O 180 stopni zmieniamy zdanie po osiągnięciu przełamania. Chyba dojdzie jeszcze jakaś tabletka o poranku. „Kota 342”. Miejsce, w którym w grudniu 1914 roku Legiony Józefa Piłsudskiego toczyły walki z wojskami rosyjskimi. 20 minut później jesteśmy przy cmentarzu, na którym spoczywają m.in. żołnierze z 1 i 5 Pułków Legionów. Nie zatrzymujemy się. Ot tylko parę fotek nekropoli. Schodzimy do Pleśnej „czarnym”. Trochę śniegu i buczyna. Aga zaczyna „rozgrywać fejsa”. A co niech gul rośnie. Zanim wyszliśmy na asfalt na drodze – jakieś 30 metrów od zabudowań – pozostałości niedokończonej uczty… Hm, wilki? A może zdziczałe psy? Bo chyba nie wracający z libacji koleś urządził tak to zwierzę, chociaż… głowy sobie urwać za to, że to niemożliwe nie damy. Asfalt. Droga krajowa. Przystanek autobusowy. Coś będzie jechać za 15 minut. Na kolejnym przystanku herbatka, daktyle i… wsiadamy do busa. Jacek wysiada nad Białą. My jeszcze wpadamy na przedobiadowego koniaczka rozchodniaczka do tatrzańskiej. W międzyczasie Kamil Stoch wygrywa konkurs na dużej skoczni w PjongChang. Mamy olimpijskie złoto.

bottom corner